Dawno nie było tak ciekawej pary w ekstraklasowy poniedziałek. Mieliśmy w akcji oglądać dwa zespoły żądne krwi, które stworzą nam w końcu ciekawe spotkanie w ten najmniej przyjemny dzień tygodnia. Na zapowiedziach jednak się skończyło. Byliśmy świadkami usypiacza zakończonego zasłużonym bezbramkowym wynikiem. Ekstraklasa znowu nas zawiodła.
Przed meczem mówiło się o wielu smaczkach związanych z tym pojedynkiem. Kilka osób miało coś do udowodnienia. Maciej Dąbrowski chciał pokazać, że za szybko pozbyto się go z Pogoni, a Miłosz Przybecki miał ochotę zagrać na nosie Stokowcowi, który odstrzelił go po awansie do ekstraklasy. Swoje pięć groszy mógłby dorzucić także szkoleniowiec „Portowców”, Czesław Michniewicz, który zdobył mistrzostwo Polski z Zagłębiem w 2007 roku i – delikatnie mówiąc – pożegnał się w niezbyt przyjemnych okolicznościach, w konflikcie z zarządem klubu.
Pompowanie tego balonika okazało się zdecydowanie na wyrost. Możemy się jedynie spierać, która połowa była nudniejsza, a wynik w pełni odzwierciedla emocje w tym meczu, który wpisał się w konwencję poniedziałkowych meczów. Strzałów celnych było jak na lekarstwo, a składne akcje moglibyśmy policzyć na palcach jednej ręki. Dobrze w mecz wszedł Miłosz Przybecki, miał ochotę poszaleć przy linii, ale jego ofensywne zapędy były skutecznie zabijane w zarodku przez defensywę „Miedziowych”. Wyjątkiem była jedynie 20. minuta, kiedy przeprowadził groźną akcję prawą flanką i celnie dośrodkował do Frączczaka, którego jednak zatrzymał kapitan gości, Konrad Forenc. Chwilę wcześniej na listę strzelców mógł się wpisać kolejny bohater przedmeczowych zapowiedzi – Maciej Dąbrowski, ale jego strzał głową okazał się minimalnie niecelny. To by było na tyle, jeśli chodzi o groźne strzały w pierwszej części, która skutecznie zamykała powieki wszystkich kibiców.
Mecz rozkręcił się dopiero po godzinie gry, kiedy na boisku zameldowali się Patryk Małecki oraz Jan Vlasko. Akcje nabrały nieco rumieńców, ale były to jedynie przebłyski w tym bezbarwnym spotkaniu. Na murawie dominował chaos i strzały rozpaczy. Bezradni byli również trenerzy, którzy niespecjalnie mieli pomysł, jak rozkręcić swoje drużyny. Oglądaliśmy w akcji dwie drużyny, które zamiast odważnej piłki nożnej zaprezentowali nam nudne szachy.
Zagłębie Lubin częściej próbowało przejmować inicjatywę, ale prezentowali się nieźle jedynie do pola karnego gości, którzy w drugiej połowie głównie ograniczali się do błyskawicznych kontr. Zabrakło jednak ognia, żeby rozpalić znużoną i zmarzniętą publiczność. Każda dobrze zapowiadająca się akcja kończyła się faulem lub stratą. Elementów zaskoczenia w Szczecinie nie zanotowano.










