Kolejny turniej Pucharu Narodów Afryki wkracza w decydujący etap – fazę pucharową. Czas zatem na pierwsze podsumowania po konfrontacjach grupowych i przeanalizowanie, kto ma największe szanse na zdobycie trofeum. Swoimi spostrzeżeniami z czytelnikami iGol.pl podzielił się ekspert rozgrywek Pucharu Narodów Afryki, Stefan Białas.
Faza grupowa Pucharu Narodów Afryki już za nami. Turniej rozpoczął się zgoła nieoczekiwanie, lecz potem wszystko wracało do normy. Jaki więc mecz we wszystkich grupach najbardziej zapadł Panu w pamięć?
Ze wszystkich spotkań grupowych na pewno w pamięć zapada mecz otwarcia. Gospodarze turnieju prowadzili już 4:0 i wtedy dopiero ich selekcjoner zaczął zmieniać tych najlepszych piłkarzy. Zmieniony został Flavio i Gilberto, jeżeli się nie mylę. Później zmiennicy nie byli w stanie utrzymać wysokiego poziomu gry i drużyna zremisowała wygrany mecz. Zaskoczony tylko byłem, że Seydou Keita nie grał od początku meczu i, wchodząc jako zawodnik rezerwowy, strzelił dwie bramki. Drugim takim zaskoczeniem było to, że Malawi „rozjechało” właściwie uczestnika mistrzostw świata – Algierię – aż 3:0. Liczyłem, że „Lisy Pustyni” przebudzą się po przerwie, mimo niekorzystnego rezultatu w pierwszej części. Stało się jednak inaczej, a gol z 48. minuty przesądził o losach meczu. Warto jeszcze krótko wspomnieć o Gabonie, który sprawił niespodziankę w pierwszym meczu grupy D. Pokonali oni Kameruńczyków 1:0, co z pewnością było zaskoczeniem.
Gospodarz, reprezentacja Angoli, jak widać doskonale sobie radzi podczas turnieju. Jedyną wpadkę zaliczyli na inaugurację z zespołem Mali. Później grali już wyrachowanie i skutecznie. Czy według Pana ta drużyna może liczyć się w gronie ekip walczących o tytuł?
Gracze Angoli grali bardzo dobrze w pierwszym starciu, do momentu kiedy na boisku przebywał Flavio. Następnie w drugiej konfrontacji się męczyli, ale ostatecznie wygrali. W trzecim meczu, muszę przyznać, że to była katastrofa. Piłkarze obu drużyn grali właściwie przez około 50 minut, a przez pozostałą cześć spotkania mieliśmy antyfutbol, czyli coś przykrego do oglądania. Uważam jednak, że jest to faworyt w meczu ćwierćfinałowym z Ghaną, jeśli grać będzie Flavio. Chociaż Ghana ma kilku dobrych, czołowych zawodników, to nie ma Essiena i zespół nie potrafi grać tego, co najlepsze. Ponadto gospodarz zawsze jest faworyzowany, do czego dochodzi doping kibiców, który naprawdę pomaga.
Dla niektórych niespodzianką jest powrót do domu po fazie grupowej Mali. O sensacji można natomiast z pewnością mówić w przypadku Tunezyjczyków, którzy choć nie przegrali, to nie zanotowali żadnego zwycięstwa. Jak Pan oceni postawę tych dwóch reprezentacji i czy uważa Pan, że ich brak w ćwierćfinale to niespodzianka?
Mali mnie zaskoczyło. Było wprawdzie w trudnej grupie: z gospodarzem, jak również Algierią, ale w jego składzie było czterech naprawdę wysokiej klasy zawodników: Diarra, Sissoko, Keita czy Kanoute. To oni tworzyli trzon drużyny i stanowili zespół, który mógł awansować z drugiego miejsca. Być może zbyt senatorsko zaczęli ten mecz z Angolą, byli bowiem pewni swojej siły, lecz spotkała ich niemiła niespodzianka. Potem grali dużo słabiej, dlatego ich postawa mogła być zaskoczeniem. Natomiast dla Tunezyjczyków niejakim ostrzeżeniem mogła być porażka w eliminacjach do mundialu w RPA. Ich głównym problemem było też niestrzelanie bramek. Wydaje mi się, że do tego doszła zmiana trenera, Faouziego Benzarti, który wiemy też, że nie pierwszy raz prowadzi tę reprezentację – tam po prostu nie działo się dobrze. Mają przecież spory potencjał, kluby tunezyjskie bardzo wysoko zachodzą w Afrykańskiej Lidze Mistrzów. Tutaj natomiast rzeczywiście niespodzianka na minus.










