„Zobaczyć Neapol i umrzeć” – takich słów użył Goethe pod koniec XVIII wieku, zachwycony pięknem miasta z południa Włoch. Kto wie, czy gdyby niemiecki poeta żył w dzisiejszych czasach i był fanem futbolu, nie wypowiadałby się w takim samym tonie o meczach Schalke 04 z Borussią Dortmund. Z podobnym nastawieniem udaliśmy się w weekend do Gelsenkirchen, by na własne oczy przekonać się, czy rywalizacja klubów z Zagłębia Ruhry faktycznie zasługuje obecnie na miano najlepszego pod względem kibicowskim spotkania derbowego w Europie.
Nasza podróż na Veltins Arena rozpoczęła się od lądowania na lotnisku w Dortmundzie. I już tutaj natknęliśmy się na pierwszy tego dnia polski akcent. Kierowca autobusu przewożącego ludzi z portu lotniczego do centrum miasta, zauważywszy nieudolne próby kupna biletu w języku niemieckim przez innych naszych rodaków, szybko przeszedł na konwersację po polsku. Okazało się, że pochodzi z Raciborza i od dwudziestu lat znajduje się na emigracji w Niemczech. Jak widać, nie tylko Piszczek, Lewandowski i Błaszczykowski odnaleźli swoje miejsce w tym mieście położonym w Westfalii.
W centrum Dortmundu atmosfera nadchodzącego spotkania derbowego najlepiej zauważalna była w okolicach dworca głównego, który niemal w całości opanowany został przez fanów BVB. Na trzy godziny przed rozpoczęciem meczu podstawiono pociągi specjalne, którymi sympatycy zespołu Juergena Kloppa dojechali do Gelsenkirchen. Część fanów, niespecjalnie przejawiających ochotę, by być na stadionie tak wcześnie, zdecydowała się jechać nieco późniejszym zwykłym połączeniem kolejowym. Takie rozwiązanie wybraliśmy również i my. Dzięki temu mogliśmy zaobserwować ciekawe obrazki. W jednym wagonie już od dortmundzkiego Hauptbahnhofu jechali bowiem zarówno fani BVB, jak i ci wspierający Schalke, wszyscy dumnie przyodziani w barwy klubowe. Chociaż kibice obu drużyn za sobą nie przepadają, nie przeszkadzało to im podróżować wspólnym środkiem lokomocji. Z upływem czasu zmieniały się jedynie proporcje w liczbie sympatyków – im dalej od Dortmundu, tym więcej osobników w niebieskich koszulkach wsiadało do pociągu. Wszyscy z jednym nastawieniem – wygrać z Borussią i tym samym po raz drugi pokazać miejsce w szeregu odwiecznemu rywalowi.
Fani obu zespołów mieli jeszcze jedną cechę wspólną. Niezależnie kto kogo wspierał, w drodze na mecz do tradycyjnych akcesoriów kibica, czyli szalika i koszulki, dołączył jeszcze jeden atrybut – piwo. Momentami naprawdę można było poczuć się jak na Oktoberfest. W pociągu, tramwajach, bezpośrednio pod stadionem – niemal każdy sączył złocisty trunek. W związku z powyższym pierwszych zwycięzców sobotniego meczu poznaliśmy jeszcze na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Zostali nimi… tutejsi bezrobotni, którzy doskonale zorganizowani i zaopatrzeni w wózki „pożyczone” z supermarketów zbierali puste puszki i butelki, by potem uzyskać pokaźny zysk w postaci zwrotnej kaucji za opakowania po browarze.
Już pod samym stadionem można było spotkać kilka niepocieszonych jednostek, które z nadzieją wymalowaną na twarzy oraz trzymaną w rękach kartką z napisem „Szukam biletu” próbowały odnaleźć kogoś, kto zdecydowałby im się odsprzedać wejściówkę na ten prestiżowy pojedynek. Na próżno. Chętnych na taką transakcję zwyczajnie brakowało. Każdemu szczęściarzowi, któremu udało się uzyskać bilet na to spotkanie, najzwyczajniej w świecie nawet przez głowę nie przeszło, by za jakiekolwiek pieniądze pozbywać się karty wstępu. Za duże znaczenie ma ten mecz dla fanów obu drużyn.








