Człowiek, który odmienił angielski futbol na zawsze. Przybył znikąd. Legenda głosi, że Abramowicz zauważył stadion, przelatując helikopterem nad Tamizą. „A co to?” – zapytał. Ktoś odpowiedział: „Chelsea”. Transakcja trwała zaledwie piętnaście minut. Ten kwadrans całkowicie odmienił oblicze Premier League i nie tylko. Rzadko kiedy ktoś z zewnątrz słyszał, jak udziela się w rozmowach. I pomyśleć, jakie pojęcie mieli o nim zwykli ludzie w lipcu 2003 roku. W sumie dziś niektórzy też go nie mają. Jak ten czas leci… Dziś na liczniku lat spędzonych w klubie ze Stamford Bridge wybiła liczba „10”, w dodatku z Jose Mourinho na ławce trenerskiej. Nie wiadomo, co wpłynęło na decyzję Romana Abramowicza, aby dać drugą szansę „The Special One”. Ale nie będę snuł swoich domysłów na temat tego, jakie czynniki miały wpływ na takie działanie.
Mourinho znowu ma przynieść sukcesy dla Chelsea (fot. Goolfm.net)
Chelsea została przekształcona ze średniaka lepszej jakości, będącego na skraju bankructwa, na światowego giganta. Stary, brytyjski model, który także miał na celu zdobywanie sukcesów, od razu został podarty na kawałki. Z góry wiadomo, że każdy inny klub Premier League bez względu na to, czy dorabia się fortuny samodzielnie, czy dodatkowo dzięki dziedziczeniu funduszy od bogatego właściciela jest zmuszony do takiej transformacji, jeżeli myśli o batalii w czołówce tabeli. I możecie się zgadzać lub nie, ale lista trofeów układa się jako korzystny argument na rzecz powstałego dekadę temu nowego modelu „The Blues”. Dla przypomnienia wymienię je wszystkie: trzy mistrzostwa Anglii, cztery Puchary Anglii, dwa puchary ligi angielskiej, puchar Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy. Oczywiście w świecie Chelsea wygrywanie nie jest wszystkim. To jedyna rzecz dla tego klubu.
Znając Abramowicza z przeróżnych doniesień i przyjaciół jego przyjaciół, ten człowiek zawsze bardzo czegoś pragnie. No i w sumie takie spostrzeżenie możemy opierać na latach 2009-2011. W tym okresie drużyną zza linii bocznej sterowała taka postać jak Carlo Ancelotti. Rosyjskiemu miliarderowi nie wystarczyło najwidoczniej wygrywać raz, tylko po raz kolejny i kolejny.
Wyobraźnia Romana na temat futbolu wyglądała skąpo. Po raz pierwszy poczuł smak tej dyscypliny w 2003 roku, kiedy w ramach rozgrywek Champions League w spotkaniu pomiędzy Manchesterem United a Realem Madryt był obecny na trybunach Old Trafford. Ponoć wydarzyła się nawet taka historia, że Graeme Souness, były szkoleniowiec Liverpoolu, był dla Rosjanina tylko zwykłym szoferem i żadną inną, rozpoznawalną osobą. To właśnie z taką osobistością Abramowicz miał okazję poczuć prawdziwą rywalizację i, jak się potem okazało, zasmakować nowego wyzwania w Zachodnim Londynie. Fajną relację zdał dla angielskich gazet Avram Grant, były tymczasowy menedżer Chelsea w sezonie 2007/2008.
– Tak, był tam wtedy. Kiedy obejrzał pierwsze dziesięć minut tego spotkania, to powiedział: „Chcę kupić klub”. Był w szoku, kiedy poczuł atmosferę w Teatrze Marzeń. I faktycznie, po tym meczu szukał i znalazł taki klub.
Nie starał się o działania dla Manchesteru United czy Arsenalu. Te dwie firmy były wówczas dominującymi na Wyspach. Abramowicz potrzebował wykreowania nowego giganta, a nie zakupu gotowego potwora. Zanim podjął się starań w Chelsea, wcześniej negocjował z Tottenhamem i Fulham. Podjął się pojedynku w miejscu, gdzie w budżecie wypalała się czarna dziura. Dla tych, co nie wiedzą, to przypomnę, że długi sięgały 70 mln funtów i taka sytuacja groziła nadaniem kary ze strony FA.
Wszystko zaczęło się od tego, że wysłał swoich ludzi z bagażem pieniędzy, aby negocjować z Trevorem Birchem, byłym szefem zarządzania „The Blues”. To właśnie ten człowiek nie potrafił zapanować nad debetem. Jak można się łatwo domyślić, obie strony przystały na wspólną umowę. I jeszcze przez kolejnych kilka dni starały się dopracować szczegóły tak, aby mało śmiały Roman nie musiał dużo od siebie dodawać, kiedy będzie przebywał w siedzibie. No i faktycznie, nie bolało. Po 15 minutach Ken Bates bez wahania sprzedał klub za 60 mln funtów. Abramowiczowi dano dużo czasu na zebranie pierwszych owoców, jednakże ten chciał tryumfować od zaraz. Jego celem była walka o zdetronizowanie dwóch starych koni. Jednego z ówczesnego Highbury i drugiego pryka z Old Trafford.
W ciągu 47 dni pod jego wielmożnym utrzymaniem Chelsea wydała na transfery w pierwszym oknie 103 mln funtów. Claudio Ranieri postanowił sprowadzić jedenastu piłkarzy, wliczając w nich m.in.: Hernana Crespo, Juana Seba Verona, Joe Cole’a, Damiena Duffa, Adriana Mutu czy Claude Makelele.
Praktycznie od początku tworzenia „Niebieskiej Rewolucji” Abramowicz był prześladowany przez dokuczliwe media, które starały się wynaleźć chociaż jakąś niedogodność. Udało się to w 2005 roku, kiedy Chelsea rozgrywała spotkanie z Wigan Atheltic. Jeden z dziennikarzy przyuważył, jak właściciel ugryzł ciastko nadziewane mięsem i odłożył na talerz. Ojej, nikt nie pomyślał, że jest wegetarianinem! Ależ brzydko się zachował. Szkoda, że nikt nie odważył się zapytać o przyczynę niezjedzenia tej słodkości, tylko wszyscy ze zdziwionymi minami spoglądali na niego jak na idiotę.
Druga sprawa, wszyscy snuli domysły, że nie ma zielonego pojęcia o futbolu. I faktycznie tak było, była kolejna fala krytyki i domniemania, że jego pobyt na Stamford Bridge nie potrwa zbyt długo. A jednak zdecydował się przejść intensywne szkolenie prowadzone przez pewnego, holenderskiego „mędrca”, Pieta De Vissera. Do dziś na praktycznie każdej ścianie przeróżnych jego zabudowań, na każdym jego jachcie można zauważyć ściany udekorowane różnymi zdjęciami czy zapiskami z tej dziedziny, Roman kuł je na pamięć przez długie godziny.
Prawdą jest też to, że Abramowicz nie ufa wielu osobom. Wokół siebie ma utworzony mały krąg przyjaciół, którym może powierzać dane sprawy. Przez cały czas w podjęciu różnych decyzji pomagają mu tacy ludzie, jak: Eugene Tenenbaum (49-letni „asystent” oligarchy urodzony na Ukrainie… No dobra, jeszcze wtedy było ZSRR), Eugene Schvidler (także 49-latek zajmujący się biznesem, a dokładniej branżą petrochemiczną) oraz „prawa ręka”, Marina Granovskaia (współpracująca z Abramowiczem od szesnastu lat). To właśnie między innymi te osoby z początku myślały za niego: w jaki sposób wydać fundusze, jaką obrać strategię i inne duperele. Do glorii chciał dojść w rok, ale jednak przyszło pierwsze zwolnienie dla Ranieriego. Zwyczajnie, obrzydliwie się oglądało to, jak prowadzisz tą ekipę, stary. Taki przekaz mógł mieć mało doświadczony w piłce nożnej człowiek. W końcu zagrał w otwarte karty i widząc to, że grubo wydana kasa na graczy nie przyniosła skutku, przyszedł czas na towar sprawdzony. Przyszedł czas na zatrudnienie człowieka, który w swoim CV miał zapisaną rok po roku wygraną w Pucharze UEFA i Lidze Mistrzów.
Samozwańczy „The Special One” miał idealnie pasować do projektu Abramowicza. Arogancki, świetny, zdeterminowany Jose Mourinho z ogromną pulą funciaków na ulepszenie zespołu, który odziedziczył. No i poszło kolejne 94 mln funtów na niemałe zakupy. Przybyli rodacy – Ricardo Carvalho, Paulo Ferreira, Tiago Mendes – ale także takie nazwiska, jak Petr Cech, Arjen Robben czy Didier Drogba. Właśnie tak, przyszedł w końcu czas na pierwsze wzniesienia z porucznikiem Johnem Terrym i Frankiem Lampardem na czele. W końcu ten miliarder dostał to, czego chciał – tytuły i chwałę.
Jednakże Roman pożądał świętego Graala w postaci pucharu Ligi Mistrzów. Dlatego też można zinterpretować pierwszą radość oligarchy jako niezbyt spełnioną. Ten team pod wodzą Portugalczyka miał być maszynką do wygrywania i zgarniania trofeów jak popadnie. Jeżeli nie zdobywasz prestiżowego trofeum Starego Kontynentu, a jednak uda Ci się zdobyć coś innego, wtedy jeszcze ujdzie. Ale sezon bez pucharu? Game over!
W pewnym momencie, jak wynika z wypowiedzianych słów Granta w jednym z wywiadów, Abramowiczowi nie wystarczały same trofea. Jasne, one musiały być zdobywane, ale za to w pięknym stylu, który mają prezentować piłkarze na placu gry.
– Roman odczuwał pewien ból. Czuł, że kiedy Manchester United albo FC Barcelona grywa ładny futbol, to wtedy wszyscy są szczęśliwi. A Chelsea wygrała dwa tytuły mistrza Anglii pod rząd w brzydki sposób. On chciał być inny – mówi Izraelczyk, który po raz pierwszy w historii dotarł z Chelsea do finału Champions League w 2008 roku.
Odkąd człowiek ze wschodniej części Europy przybył do Anglii, z biegiem czasu rzeczy się zmieniały. Już od pewnego czasu londyńska firma nie jest najmocniejszą siłą finansową w Premier League. Poczuł to z resztą sam na własnej skórze, kiedy chciał sprowadzić do „The Blues” Davida Silvę, oferując mu 170 tys. funtów tygodniówki. Nagle to Szejkowie z Manchesteru City zaoferowali Hiszpanowi o 30 tys. funtów więcej niż konkurent. Były zawodnik Valencii nie miał dylematu.
Abramowicz nadal chce wygrywać wielkie rzeczy w pięknym stylu, grając prawdziwy futbol. Dał to do wiadomości Roberto Di Matteo, który sprowadził Oscara czy Edena Hazarda. Chciał tego od przegranego finału Ligi Mistrzów z „Czerwonymi Diabłami” na jego ojczystej ziemi. Od kilku lat możemy zaobserwować jego zainteresowanie i pasję klubem, którym żyje niemal na co dzień. Stara się utworzyć perfekcyjną rzecz, nieważne jakim kosztem. Zawsze patrzy na pieniądze, ile zainwestować w szkółkę w Cobham, aby stamtąd wyciągnąć jak najlepsze talenty. Tego charakteru raczej nie da się już zmienić. Jego klub ma wygrywać w taki sposób, a nie inny i koniec! Chciał do takiego projektu sprowadzić wielce utytułowanego Pepa Guardiolę, który ostatecznie nie zaryzykował i wybrał pewny dla siebie klub z Bawarii. Jednakże nową generację zawodników i nowy rozdział pod tytułem „Dekada II” przyjdzie rozpocząć znowu z Mourinho. Tak, z Mourinho, bo tak naprawdę Ranieri był tylko prologiem. Jednak sukcesy muszą być zwieńczone boiskową gracją, jakkolwiek na to nie patrzeć.
To może być jeszcze większe wyzwanie dla mało sentymentalnego w działaniach Rosjanina. Znowu pozostanie niewzruszony, to pewne. Pamiętam, jak kiedyś ludzie mówili: „on tutaj długo nie pobędzie, szybko mu się to znudzi, jeszcze kilka lat i Chelsea będzie w czarnej d*pie”. I co teraz? Wiadomo, nie wszystko rozkwita należycie, ale wiele funduszy z tego wszystkiego dało wiele pożytecznego, porównując nawet początki ery dofinansowywania ze strony „The Blues” i Manchesteru City. Bo pieniądze to nie wszystko, a trzeba jeszcze pamiętać, że niedawno została zawarta nowa umowa z adidasem, zespół podróżuje w ramach tournee po różnych zakątkach świata, poszerza się grono sympatyków tego klubu, jest inwestycja w akademię, o którą także troszczą się żywe legendy Chelsea. Kibice ze Stamford muszą być mu wdzięczni za minione dziesięć lat z majowym wieczorem w Monachium na czele. Popełniał wiele błędów, ale najważniejsze jest to, że rodzą się plany w jego głowie. Zagraniczni właściciele niszczą futbol w Anglii? Zależy kto jak na to patrzy. Ja trzymam się tego, że dobrze się stało, jak się stało. Nie dość, że zaostrzyła się konkurencja w lidze, to na dodatek toczy się rywalizacja w strategii wydawania pieniędzy. Pamiętajmy, że od następnego sezonu wchodzi Finansowe Fair Play. Z całego serca, także jako sympatyk londyńczyków, życzę kolejnych lat temu człowiekowi w wygodnym fotelu przy Fulham Road.
Człowiek, który odmienił angielski futbol na zawsze. Przybył znikąd. Legenda głosi, że Abramowicz zauważył stadion, przelatując helikopterem nad Tamizą. „A co to?” – zapytał. Ktoś odpowiedział: „Chelsea”. Transakcja trwała zaledwie piętnaście minut. Ten kwadrans całkowicie odmienił oblicze Premier League i nie tylko. Rzadko kiedy ktoś z zewnątrz słyszał, jak udziela się w rozmowach. I pomyśleć, jakie pojęcie mieli o nim zwykli ludzie w lipcu 2003 roku. W sumie dziś niektórzy też go nie mają. Jak ten czas leci… Dziś na liczniku lat spędzonych w klubie ze Stamford Bridge wybiła liczba „10”, w dodatku z Jose Mourinho na ławce trenerskiej. Nie wiadomo, co wpłynęło na decyzję Romana Abramowicza, aby dać drugą szansę „The Special One”. Ale nie będę snuł swoich domysłów na temat tego, jakie czynniki miały wpływ na takie działanie.
Mourinho znowu ma przynieść sukcesy dla Chelsea (fot. Goolfm.net)
Chelsea została przekształcona ze średniaka lepszej jakości, będącego na skraju bankructwa, na światowego giganta. Stary, brytyjski model, który także miał na celu zdobywanie sukcesów, od razu został podarty na kawałki. Z góry wiadomo, że każdy inny klub Premier League bez względu na to, czy dorabia się fortuny samodzielnie, czy dodatkowo dzięki dziedziczeniu funduszy od bogatego właściciela jest zmuszony do takiej transformacji, jeżeli myśli o batalii w czołówce tabeli. I możecie się zgadzać lub nie, ale lista trofeów układa się jako korzystny argument na rzecz powstałego dekadę temu nowego modelu „The Blues”. Dla przypomnienia wymienię je wszystkie: trzy mistrzostwa Anglii, cztery Puchary Anglii, dwa puchary ligi angielskiej, puchar Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy. Oczywiście w świecie Chelsea wygrywanie nie jest wszystkim. To jedyna rzecz dla tego klubu.
Znając Abramowicza z przeróżnych doniesień i przyjaciół jego przyjaciół, ten człowiek zawsze bardzo czegoś pragnie. No i w sumie takie spostrzeżenie możemy opierać na latach 2009-2011. W tym okresie drużyną zza linii bocznej sterowała taka postać jak Carlo Ancelotti. Rosyjskiemu miliarderowi nie wystarczyło najwidoczniej wygrywać raz, tylko po raz kolejny i kolejny.
Wyobraźnia Romana na temat futbolu wyglądała skąpo. Po raz pierwszy poczuł smak tej dyscypliny w 2003 roku, kiedy w ramach rozgrywek Champions League w spotkaniu pomiędzy Manchesterem United a Realem Madryt był obecny na trybunach Old Trafford. Ponoć wydarzyła się nawet taka historia, że Graeme Souness, były szkoleniowiec Liverpoolu, był dla Rosjanina tylko zwykłym szoferem i żadną inną, rozpoznawalną osobą. To właśnie z taką osobistością Abramowicz miał okazję poczuć prawdziwą rywalizację i, jak się potem okazało, zasmakować nowego wyzwania w Zachodnim Londynie. Fajną relację zdał dla angielskich gazet Avram Grant, były tymczasowy menedżer Chelsea w sezonie 2007/2008.
– Tak, był tam wtedy. Kiedy obejrzał pierwsze dziesięć minut tego spotkania, to powiedział: „Chcę kupić klub”. Był w szoku, kiedy poczuł atmosferę w Teatrze Marzeń. I faktycznie, po tym meczu szukał i znalazł taki klub.
Nie starał się o działania dla Manchesteru United czy Arsenalu. Te dwie firmy były wówczas dominującymi na Wyspach. Abramowicz potrzebował wykreowania nowego giganta, a nie zakupu gotowego potwora. Zanim podjął się starań w Chelsea, wcześniej negocjował z Tottenhamem i Fulham. Podjął się pojedynku w miejscu, gdzie w budżecie wypalała się czarna dziura. Dla tych, co nie wiedzą, to przypomnę, że długi sięgały 70 mln funtów i taka sytuacja groziła nadaniem kary ze strony FA.
Wszystko zaczęło się od tego, że wysłał swoich ludzi z bagażem pieniędzy, aby negocjować z Trevorem Birchem, byłym szefem zarządzania „The Blues”. To właśnie ten człowiek nie potrafił zapanować nad debetem. Jak można się łatwo domyślić, obie strony przystały na wspólną umowę. I jeszcze przez kolejnych kilka dni starały się dopracować szczegóły tak, aby mało śmiały Roman nie musiał dużo od siebie dodawać, kiedy będzie przebywał w siedzibie. No i faktycznie, nie bolało. Po 15 minutach Ken Bates bez wahania sprzedał klub za 60 mln funtów. Abramowiczowi dano dużo czasu na zebranie pierwszych owoców, jednakże ten chciał tryumfować od zaraz. Jego celem była walka o zdetronizowanie dwóch starych koni. Jednego z ówczesnego Highbury i drugiego pryka z Old Trafford.
W ciągu 47 dni pod jego wielmożnym utrzymaniem Chelsea wydała na transfery w pierwszym oknie 103 mln funtów. Claudio Ranieri postanowił sprowadzić jedenastu piłkarzy, wliczając w nich m.in.: Hernana Crespo, Juana Seba Verona, Joe Cole’a, Damiena Duffa, Adriana Mutu czy Claude Makelele.
Praktycznie od początku tworzenia „Niebieskiej Rewolucji” Abramowicz był prześladowany przez dokuczliwe media, które starały się wynaleźć chociaż jakąś niedogodność. Udało się to w 2005 roku, kiedy Chelsea rozgrywała spotkanie z Wigan Atheltic. Jeden z dziennikarzy przyuważył, jak właściciel ugryzł ciastko nadziewane mięsem i odłożył na talerz. Ojej, nikt nie pomyślał, że jest wegetarianinem! Ależ brzydko się zachował. Szkoda, że nikt nie odważył się zapytać o przyczynę niezjedzenia tej słodkości, tylko wszyscy ze zdziwionymi minami spoglądali na niego jak na idiotę.
Druga sprawa, wszyscy snuli domysły, że nie ma zielonego pojęcia o futbolu. I faktycznie tak było, była kolejna fala krytyki i domniemania, że jego pobyt na Stamford Bridge nie potrwa zbyt długo. A jednak zdecydował się przejść intensywne szkolenie prowadzone przez pewnego, holenderskiego „mędrca”, Pieta De Vissera. Do dziś na praktycznie każdej ścianie przeróżnych jego zabudowań, na każdym jego jachcie można zauważyć ściany udekorowane różnymi zdjęciami czy zapiskami z tej dziedziny, Roman kuł je na pamięć przez długie godziny.
Prawdą jest też to, że Abramowicz nie ufa wielu osobom. Wokół siebie ma utworzony mały krąg przyjaciół, którym może powierzać dane sprawy. Przez cały czas w podjęciu różnych decyzji pomagają mu tacy ludzie, jak: Eugene Tenenbaum (49-letni „asystent” oligarchy urodzony na Ukrainie… No dobra, jeszcze wtedy było ZSRR), Eugene Schvidler (także 49-latek zajmujący się biznesem, a dokładniej branżą petrochemiczną) oraz „prawa ręka”, Marina Granovskaia (współpracująca z Abramowiczem od szesnastu lat). To właśnie między innymi te osoby z początku myślały za niego: w jaki sposób wydać fundusze, jaką obrać strategię i inne duperele. Do glorii chciał dojść w rok, ale jednak przyszło pierwsze zwolnienie dla Ranieriego. Zwyczajnie, obrzydliwie się oglądało to, jak prowadzisz tą ekipę, stary. Taki przekaz mógł mieć mało doświadczony w piłce nożnej człowiek. W końcu zagrał w otwarte karty i widząc to, że grubo wydana kasa na graczy nie przyniosła skutku, przyszedł czas na towar sprawdzony. Przyszedł czas na zatrudnienie człowieka, który w swoim CV miał zapisaną rok po roku wygraną w Pucharze UEFA i Lidze Mistrzów.
Samozwańczy „The Special One” miał idealnie pasować do projektu Abramowicza. Arogancki, świetny, zdeterminowany Jose Mourinho z ogromną pulą funciaków na ulepszenie zespołu, który odziedziczył. No i poszło kolejne 94 mln funtów na niemałe zakupy. Przybyli rodacy – Ricardo Carvalho, Paulo Ferreira, Tiago Mendes – ale także takie nazwiska, jak Petr Cech, Arjen Robben czy Didier Drogba. Właśnie tak, przyszedł w końcu czas na pierwsze wzniesienia z porucznikiem Johnem Terrym i Frankiem Lampardem na czele. W końcu ten miliarder dostał to, czego chciał – tytuły i chwałę.
Jednakże Roman pożądał świętego Graala w postaci pucharu Ligi Mistrzów. Dlatego też można zinterpretować pierwszą radość oligarchy jako niezbyt spełnioną. Ten team pod wodzą Portugalczyka miał być maszynką do wygrywania i zgarniania trofeów jak popadnie. Jeżeli nie zdobywasz prestiżowego trofeum Starego Kontynentu, a jednak uda Ci się zdobyć coś innego, wtedy jeszcze ujdzie. Ale sezon bez pucharu? Game over!
W pewnym momencie, jak wynika z wypowiedzianych słów Granta w jednym z wywiadów, Abramowiczowi nie wystarczały same trofea. Jasne, one musiały być zdobywane, ale za to w pięknym stylu, który mają prezentować piłkarze na placu gry.
– Roman odczuwał pewien ból. Czuł, że kiedy Manchester United albo FC Barcelona grywa ładny futbol, to wtedy wszyscy są szczęśliwi. A Chelsea wygrała dwa tytuły mistrza Anglii pod rząd w brzydki sposób. On chciał być inny – mówi Izraelczyk, który po raz pierwszy w historii dotarł z Chelsea do finału Champions League w 2008 roku.
Odkąd człowiek ze wschodniej części Europy przybył do Anglii, z biegiem czasu rzeczy się zmieniały. Już od pewnego czasu londyńska firma nie jest najmocniejszą siłą finansową w Premier League. Poczuł to z resztą sam na własnej skórze, kiedy chciał sprowadzić do „The Blues” Davida Silvę, oferując mu 170 tys. funtów tygodniówki. Nagle to Szejkowie z Manchesteru City zaoferowali Hiszpanowi o 30 tys. funtów więcej niż konkurent. Były zawodnik Valencii nie miał dylematu.
Abramowicz nadal chce wygrywać wielkie rzeczy w pięknym stylu, grając prawdziwy futbol. Dał to do wiadomości Roberto Di Matteo, który sprowadził Oscara czy Edena Hazarda. Chciał tego od przegranego finału Ligi Mistrzów z „Czerwonymi Diabłami” na jego ojczystej ziemi. Od kilku lat możemy zaobserwować jego zainteresowanie i pasję klubem, którym żyje niemal na co dzień. Stara się utworzyć perfekcyjną rzecz, nieważne jakim kosztem. Zawsze patrzy na pieniądze, ile zainwestować w szkółkę w Cobham, aby stamtąd wyciągnąć jak najlepsze talenty. Tego charakteru raczej nie da się już zmienić. Jego klub ma wygrywać w taki sposób, a nie inny i koniec! Chciał do takiego projektu sprowadzić wielce utytułowanego Pepa Guardiolę, który ostatecznie nie zaryzykował i wybrał pewny dla siebie klub z Bawarii. Jednakże nową generację zawodników i nowy rozdział pod tytułem „Dekada II” przyjdzie rozpocząć znowu z Mourinho. Tak, z Mourinho, bo tak naprawdę Ranieri był tylko prologiem. Jednak sukcesy muszą być zwieńczone boiskową gracją, jakkolwiek na to nie patrzeć.
To może być jeszcze większe wyzwanie dla mało sentymentalnego w działaniach Rosjanina. Znowu pozostanie niewzruszony, to pewne. Pamiętam, jak kiedyś ludzie mówili: „on tutaj długo nie pobędzie, szybko mu się to znudzi, jeszcze kilka lat i Chelsea będzie w czarnej d*pie”. I co teraz? Wiadomo, nie wszystko rozkwita należycie, ale wiele funduszy z tego wszystkiego dało wiele pożytecznego, porównując nawet początki ery dofinansowywania ze strony „The Blues” i Manchesteru City. Bo pieniądze to nie wszystko, a trzeba jeszcze pamiętać, że niedawno została zawarta nowa umowa z adidasem, zespół podróżuje w ramach tournee po różnych zakątkach świata, poszerza się grono sympatyków tego klubu, jest inwestycja w akademię, o którą także troszczą się żywe legendy Chelsea. Kibice ze Stamford muszą być mu wdzięczni za minione dziesięć lat z majowym wieczorem w Monachium na czele. Popełniał wiele błędów, ale najważniejsze jest to, że rodzą się plany w jego głowie. Zagraniczni właściciele niszczą futbol w Anglii? Zależy kto jak na to patrzy. Ja trzymam się tego, że dobrze się stało, jak się stało. Nie dość, że zaostrzyła się konkurencja w lidze, to na dodatek toczy się rywalizacja w strategii wydawania pieniędzy. Pamiętajmy, że od następnego sezonu wchodzi Finansowe Fair Play. Z całego serca, także jako sympatyk londyńczyków, życzę kolejnych lat temu człowiekowi w wygodnym fotelu przy Fulham Road.