Mówią, że drużynę trzeba budować od tyłu. To obrona daje mistrzostwa, a atak wygrywa mecze. Nie ulega to wątpliwościom, że od dłuższego czasu w Realu tej jakości w obronie, a konkretnie w bramce, brakuje. Hiszpańska „Marca” ogłosiła, że zawarto umowę, według której David de Gea zostanie nowym bramkarzem „Królewskich”.Aby zrozumieć, dlaczego w Madrycie szuka się zastępstwa dla Casillasa, musimy wrócić pamięcią do ostatniego sezonu z Jose Mourinho. Sytuacja w bramce „Los Blancos” od tamtego czasu jest głównym tematem rozmów na temat gry drużyny, a także jej przyszłości. Wielu dziennikarzy i kibiców obwinia o obecną sytuację właśnie Portugalczyka. Wszystkiemu winny jest Mourinho – ciągle to słychać. Ale do rzeczy. Chyba każdy pamięta nieszczęsne starcie Casillasa i Arbeloi w meczu z Valencią w Pucharze Króla. W trakcie zamieszania w polu karnym obrońca kopnął w rękę Ikera. Stało się, pechowy wypadek wstrzymał występy bramkarza na długie tygodnie. Jak się potem okazało, także na kolejne miesiące.

Decyzją Mourinho bramkarz z Mostoles usiadł na ławce jeszcze w grudniu. Między słupki wszedł Antonio Adan, który według Portugalczyka był w tamtej chwili w lepszej formie. Takie rozstrzygnięcie miało być rezultatem konfliktu obu panów. I to ten konflikt jest w opinii niektórych główną przyczyną słabej dyspozycji Ikera na przestrzeni trzech sezonów. Naprawdę, wydaje mi się to absurdalne. Casillas usiadł na ławce, bo grał i nadal gra przeciętnie. Słynne już rzuty rożne, które porównywano do rzutów karnych, nazywane prześmiewczo „Penalticorner”, stały się główną domeną bramkarza „Królewskich”. Gra nogami to także nie jest aspekt, w którym kapitan „Los Blancos” wypada najlepiej, choć zdaje się, że ten element uległ niewielkiej poprawie. Po każdej nieudanej interwencji pozostaje niedosyt, że tam Iker mógł zrobić więcej, lepiej się ustawić czy odbić piłkę do boku. Tak było np. przy golu Alcacera w meczu z Valencią. Strzał w środek bramki, Casillas ma piłkę na rękawicach, ale mimo to pada gol.
Iker wypadł z grona najlepszych bramkarzy świata. Pojedyncze mecze i parady nie zmienią faktu, że Hiszpan nie jest już bramkarzem na miarę Realu Madryt. Przestał być decydujący, jego interwencje nie stanowiły przełomu w grze. Wręcz przeciwnie. Od trzech sezonów więcej mówi się o błędach „Świętego”, niż o tym, że wybronił jakiś mecz. Takie też się zdarzały, oczywiście. Ale jeśli ktoś zechce podliczyć dobre i złe zagrania, to doszuka się większej liczby tych gorszych. Finał Ligi Mistrzów z Atletico czy ostatni mecz z Barceloną. To tylko przykłady tych spotkań, które mogły zakończyć się lub zakończyły się fatalnie dla drużyny.
I tu pojawia się główny bohater. David de Gea to nadzieja na lepsze czasy w bramce „Królewskich”. To on obok Neuera i Courtois jest wliczany do bramkarskiej czołówki. Grając jeszcze dla Atletico Madryt, był w orbicie zainteresowań Realu, ale klub nie chciał naruszać nieformalnego układu o braku transferów pomiędzy sąsiadami. Teraz, po czterech latach gry w Manchesterze United, de Gea prawdopodobnie wróci do ojczyzny.













