Zapewne większość z was kojarzy film pt. „Iluzja”. Ilekroć sobie o nim przypomnę, na myśl przychodzi mi przygoda Philippa Coutinho. Brazylijskiego magika, który na angielskich scenach rozsianych po całym kraju czuł się jak ryba w wodzie. Na potrzeby widowiska wymyślał nowe sztuczki, czarował, zachwycał, zaskakiwał i po prostu nie zwalniał tempa. Z czasem robił to tak dobrze, że ludzie zaczęli dostrzegać w jego inscenizacjach prawdziwą magię, która rozsławiła Brazylijczyka w całej Europie. Pewien klub z Hiszpanii się w nim silnie zauroczył i zaprosił na swoje hiszpańskie deski teatru z obietnicą zrobienia jeszcze większej kariery. Jednocześnie mając nadzieję, że nowy nabytek będzie potrafił zastąpić artystę, który po kilku latach tworzenia wybitnych spektakli wyruszył do Paryża.
Dalszą część tej historii doskonale znamy. Droga Coutinho na Camp Nou nie należała do najłatwiejszych, bo najpierw Liverpool nie chciał pozwolić na jego odejście podczas letniego okna transferowego (mimo próśb), a później, kiedy transfer dopiero zimą stał się faktem, w debiucie przeszkodziła mu kontuzja. Raz po raz Brazylijczyk musiał obchodzić się ze smakiem, ale upragniona chwila w końcu nadeszła. W koszulce Barcelony „Cou” tryskał szczęściem i co ważne – to było szczęście poparte świetnym pokazem umiejętności, tylko że… trwał on zaledwie pół roku. Radość z gry zniknęła, gole i asysty przestały być sprzymierzeńcem, a kibice postawili krzyżyk. To wszystko niestety sprawiło, że dziś (oczywiście skracając) brazylijski czarodziej trafił do Bayernu. Czy będzie tam potrafił odzyskać swoją najlepszą wersję? I co właściwie zyskuje nowy nabywca Coutinho?
Nigdy bym go nie sprzedał, gdybym nie musiał. Juergen Klopp
Był dla niego jak ojciec, o którym wcześniej mógł tylko zamarzyć
W ostatnich miesiącach popularną opinią, za którą zaczęli podążać głównie sympatycy Premier League, stała się teza, że wszystko to, co w Brazylijczyku najlepsze, jest zasługą Juergena Kloppa. Czy to trafny argument? Jeżeli spojrzymy na sposób gry Coutinho w Liverpoolu, porównując ten sam aspekt w występach dla Barcelony, trudno się z tymi słowami nie zgodzić. Niemiecki szkoleniowiec potrafił znaleźć w swoim pomocniku (tak, nie skrzydłowym!) najlepszą piłkarską esencję oraz wiedział (co potrafią tylko klasowi fachowcy), że każdy piłkarz jest indywidualną jednostką, która bardzo często potrzebuje specjalnego traktowania. I tak jak choćby Roberto Firmino prosił się o metodę wychowawczą za pomocą krzyku, tak Coutinho ze swoją wątłą pewnością siebie oczekiwał opieki i bezstresowego podejścia ze strony trenera. Klopp te wartości dawał mu bez wahania, dzięki czemu jego podopieczny odwdzięczał się w nawiązką, stając się przy okazji jednym z najlepszych zawodników na Wyspach.
Coutinho grający w reprezentacji Brazylii nie jest tym piłkarzem, który gra w Barcelonie. Jest tym, który grał w Liverpoolu Tite (selekcjoner reprezentacji Brazylii)
201 meczów, 54 gole, 45 asyst – oto efekty pracy Juergena Kloppa. Innymi słowy, bezpośredni udział przy bramkach zespołu niemal co 150 minut, czyli jak na ofensywnego pomocnika – statystyka genialna. A gdybyśmy mieli sklasyfikować Brazylijczyka jednak w roli skrzydłowego (na siłę…), te samy liczby również robiłyby wrażenie. I może nie w tak dużym stopniu jak w przypadku Sadio Mane (udział co 122 minuty), jednak porównywanie ich w obrębie akurat tej pozycji na boisku byłoby aktem niesprawiedliwości. Fakty są takie, że w ekipie rockowej pod przewodnictwem Niemca ze Stuttgartu Brazylijczyk pełnił rolę kogoś na pograniczu z lekkim wskazaniem na operowanie za plecami napastnika lub bardziej w głębi linii pomocy. Liverpool był jego rajem, ale wszystko co dobre, niestety kiedyś się kończy. I tak, właśnie w Barcelonie raj zamienił się w piekło. Jak to jest możliwe? Spytajcie Ernesto Valverde.










