Czy w Monachium Coutinho zrzuci z siebie klątwę przeciętności?


Przed przyjściem do Barcelony Coutinho czarował bez końca. Później ktoś podsunął mu złe zaklęcia i magik zaczarował samego siebie

21 sierpnia 2019 Czy w Monachium Coutinho zrzuci z siebie klątwę przeciętności?

Zapewne większość z was kojarzy film pt. „Iluzja”. Ilekroć sobie o nim przypomnę, na myśl przychodzi mi przygoda Philippa Coutinho. Brazylijskiego magika, który na angielskich scenach rozsianych po całym kraju czuł się jak ryba w wodzie. Na potrzeby widowiska wymyślał nowe sztuczki, czarował, zachwycał, zaskakiwał i po prostu nie zwalniał tempa. Z czasem robił to tak dobrze, że ludzie zaczęli dostrzegać w jego inscenizacjach prawdziwą magię, która rozsławiła Brazylijczyka w całej Europie. Pewien klub z Hiszpanii się w nim silnie zauroczył i zaprosił na swoje hiszpańskie deski teatru z obietnicą zrobienia jeszcze większej kariery. Jednocześnie mając nadzieję, że nowy nabytek będzie potrafił zastąpić artystę, który po kilku latach tworzenia wybitnych spektakli wyruszył do Paryża.


Udostępnij na Udostępnij na

Dalszą część tej historii doskonale znamy. Droga Coutinho na Camp Nou nie należała do najłatwiejszych, bo najpierw Liverpool nie chciał pozwolić na jego odejście podczas letniego okna transferowego (mimo próśb), a później, kiedy transfer dopiero zimą stał się  faktem, w debiucie przeszkodziła mu kontuzja. Raz po raz Brazylijczyk musiał obchodzić się ze smakiem, ale upragniona chwila w końcu nadeszła. W koszulce Barcelony „Cou” tryskał szczęściem i co ważne – to było szczęście poparte świetnym pokazem umiejętności, tylko że… trwał on zaledwie pół roku. Radość z gry zniknęła, gole i asysty przestały być sprzymierzeńcem, a kibice postawili krzyżyk. To wszystko niestety sprawiło, że dziś (oczywiście skracając) brazylijski czarodziej trafił do Bayernu. Czy będzie tam potrafił odzyskać swoją najlepszą wersję? I co właściwie zyskuje nowy nabywca Coutinho?

Nigdy bym go nie sprzedał, gdybym nie musiał. Juergen Klopp 

Był dla niego jak ojciec, o którym wcześniej mógł tylko zamarzyć

W ostatnich miesiącach popularną opinią, za którą zaczęli podążać głównie sympatycy Premier League, stała się teza, że wszystko to, co w Brazylijczyku najlepsze, jest zasługą Juergena Kloppa. Czy to trafny argument? Jeżeli spojrzymy na sposób gry Coutinho w Liverpoolu, porównując ten sam aspekt w występach dla Barcelony, trudno się z tymi słowami nie zgodzić. Niemiecki szkoleniowiec potrafił znaleźć w swoim pomocniku (tak, nie skrzydłowym!) najlepszą piłkarską esencję oraz wiedział (co potrafią tylko klasowi fachowcy), że każdy piłkarz jest indywidualną jednostką, która bardzo często potrzebuje specjalnego traktowania. I tak jak choćby Roberto Firmino prosił się o metodę wychowawczą za pomocą krzyku, tak Coutinho ze swoją wątłą pewnością siebie oczekiwał opieki i bezstresowego podejścia ze strony trenera. Klopp te wartości dawał mu bez wahania, dzięki czemu jego podopieczny odwdzięczał się w nawiązką, stając się przy okazji jednym z najlepszych zawodników na Wyspach.

Coutinho grający w reprezentacji Brazylii nie jest tym piłkarzem, który gra w Barcelonie. Jest tym, który grał w Liverpoolu Tite (selekcjoner reprezentacji Brazylii)

201 meczów, 54 gole, 45 asyst – oto efekty pracy Juergena Kloppa. Innymi słowy, bezpośredni udział przy bramkach zespołu niemal co 150 minut, czyli jak na ofensywnego pomocnika – statystyka genialna. A gdybyśmy mieli sklasyfikować Brazylijczyka jednak w roli skrzydłowego (na siłę…), te samy liczby również robiłyby wrażenie. I może nie w tak dużym stopniu jak w przypadku Sadio Mane (udział co 122 minuty), jednak porównywanie ich w obrębie akurat tej pozycji na boisku byłoby aktem niesprawiedliwości. Fakty są takie, że w ekipie rockowej pod przewodnictwem Niemca ze Stuttgartu Brazylijczyk pełnił rolę kogoś na pograniczu z lekkim wskazaniem na operowanie za plecami napastnika lub bardziej w głębi linii pomocy. Liverpool był jego rajem, ale wszystko co dobre, niestety kiedyś się kończy. I tak, właśnie w Barcelonie raj zamienił się w piekło. Jak to jest możliwe? Spytajcie Ernesto Valverde.

Największy problem Coutinho? Trener, a później presja

Metka transferu opiewająca na kwotę blisko 150 milionów euro mogłaby złamać pewność siebie niejednego klasowego piłkarza. Tym bardziej, kiedy jest ona rekordowa w skali klubu i jego historii, co momentalnie stawia bardzo wysoki próg wejścia. I jakby tego było mało, ktoś nazywa cię zastępcą Andresa Iniesty, więc twój bagaż presji w naturalny sposób urasta do niebotycznych rozmiarów. Coutinho musiał się z tymi okolicznościami zmierzyć i wbrew wszelkim przeciwnościom losu – dokonał niemożliwego. W Barcelonie spędził 1,5 roku, z czego najlepszym okresem były pierwsze miesiące. Konkretniej: 22 mecze – 10 goli, sześć asyst. Z kolei im dalej w las, tym gorzej.

Gdzie należy celować z zarzutami? To nie będzie nic odkrywczego, ale… w trenera. Trenera, który wobec Coutinho (i swoją drogą nie tylko) nie potrafił wystosować właściwego planu na wykorzystanie pełni potencjału. Przed transferem narracja w stolicy Katalonii była następująca: gwiazda Liverpoolu ma zostać zastępcą Iniesty i co ważne, zastępcą, a nie następcą, bo to byłoby oczywiście niemożliwe.

W takim razie piłkarz, o którym wiadomo, że świetnie czuje się w mniej więcej podobnym rejonie boiska co hiszpańska legenda, powinien tam regularnie występować, nieprawdaż? Marzenie! Ernesto Valverde już od samego początku rzucał Brazylijczykiem po kilku pozycjach, czego tak naprawdę nikt nie potrafił zrozumieć. A już na pewno nie tego, że „Cou” rozgrywał mecze nawet na prawym skrzydle (9 spotkań)… Kuriozum, z którym godził się sam poszkodowany, bo po prostu taki ma charakter – bezkonfliktowy.

I być może dlatego andaluzyjski fachowiec (kusi, żeby to określenie objąć w cudzysłów) dawał mu nielimitowaną liczbę szans na przełamanie. Bo był pokorny, godził się na wszystko i ciężko pracował? Odkąd były crack „The Reds” zadebiutował w koszulce „Blaugrany”, w klasyfikacji rozegranych minut jego nazwisko figuruje na trzeciej pozycji. I co na swój sposób paradoksalne, tę samą lokatę Coutinho zajmuje również na liście… strzelców Barcelony z 21 golami na koncie w 76 meczach (+11 asyst). Jak to zatem możliwe, że gracz z takimi statystykami, któremu charakterystyką bliżej jednak do środkowego pomocnika, uważany jest za niewypał? Moja teza brzmi: nie spełnił rosnących oczekiwań, które z miesiąca na miesiąc przeradzały się od potrzeby zastąpienia Iniesty w potrzebę zastąpienia również Neymara.

 

Presja rosła, dobrych statystyk w kolejnym sezonie zaczęło brakować (tylko 11 goli i 5 asyst w 54 meczach), a Ernesto Valverde nie mógł tej sytuacji zapobiec. Gwoli ścisłości: nie mógł, bo nie potrafi wyciągnąć z piłkarzy tego, co w nich najlepsze. Krótko mówiąc, zawodnika o walorach zbliżonych do tych charakterystycznych dla „dziesiątki” wystawiał na skrzydle, oczekując od niego liczb znamiennych dla skrzydłowego za 150 mln euro. Błąd panie Valverde, duży błąd.

Hiszpański szkoleniowiec dosłownie zatrzymał rozwój piłkarski Philippe Coutinho i zatracił w nim jego tożsamość. Bo gdy wszystko zaczęło się sypać i 27-letni Brazylijczyk notował długie serie bez gola lub asysty, nikt nie objął go opieką tak, jak robił to Juergen Klopp. Nikt nie naprowadził go na odpowiednią drogę i w konsekwencji na twarzy brazylijskiego magika widać było tylko frustrację, niepewność i zrezygnowanie. I jak to bywa w stolicy Katalonii, w związku z (naprawdę przykrym) niepowodzeniem na Camp Nou, droga mogła prowadzić tylko do jednego wyjścia. Do transferu.

„Niechciany” nie oznacza przeciętny. Bayern musi go odrestaurować

Fakty na dziś są takie, że w najlepszym klubie w Niemczech pojawił się tzw. game-changer z krwi i kości. Juergen Klopp nie raz się na temat Brazylijczyka wypowiadał, mówiąc, że w odpowiednich warunkach Coutinho potrafi rozstrzygać końcowy wynik w spotkaniach o dużej wadze. Fani Brazylijczyka z pewnością za takimi momentami tęsknią, ale na ich szczęście najbliższa przyszłość ich ulubieńca maluje się w cieplejszych barwach niż dotychczas. Bayern Monachium potrzebował wzmocnień do linii ofensywnej i relatywnie małym kosztem sprawił sobie naprawdę dobry nabytek. Ba, dobry to za mało powiedziane, bo w swojej najwyższej formie Coutinho będzie jednym z najlepszych piłkarzy w Bundeslidze. W to absolutnie nie wątpię, tylko że…

 

Istnieją pewne warunki, które musi spełnić przede wszystkim Niko Kovac, żeby Bawarczycy mieli z tego wypożyczenia pociechę. Po pierwsze (i być może najważniejsze), Phillipe Coutinho musi mieć jasno określoną rolę na boisku, która pokrywa się z jego ulubionym sposobem funkcjonowania. Po drugie, nie można krzywdzić go opiniami, że do Bayernu przychodzi jako skrzydłowy do rywalizacji z Gnabrym czy Comanem, gdyż pamiętajmy: to typ piłkarza o nieco mniej eksplozywnych walorach fizycznych, a z kolei kapitalnych pod względem boiskowej inteligencji i techniki użytkowej. Po trzecie, Coutinho potrzebuje namiastki ojcowskiej opieki i zaufania, bo tylko to utwierdza go w pełnym przekonaniu, że może dokonać wielkich rzeczy. Brazylijczykowi należy po prostu poświęcić wiele czasu na kwestię mentalną, bo zaniedbanie tego aspektu może doprowadzić do kolejnej blokady.

Co ważne, wstrzymajmy się od popadania od skrajności w skrajność, bo ani Coutinho nie musi być lekiem na problemy Bayernu, ani Bayern nie musi być swoistym czyśćcem dla Coutinho. Pewną rzeczą jest natomiast to, że w Bundeslidze Brazylijczyk będzie miał większe pole do popisu choćby dlatego, że tempo gry w lidze niemieckiej jest bardziej dynamiczne niż w La Liga. Do tego pojawia się zazwyczaj także więcej przestrzeni między liniami formacji, pada wiele bramek po kontrach i akcje ofensywne są bardziej bezpośrednie. Innymi słowy, jeżeli Klopp twierdził, że Coutinho potrzebuje odpowiednich warunków do pokazania swojej spektakularnej klasy, to na stadionach Bundesligi niewątpliwie będzie je miał. Bo są one bliskie temu, co magik z Rio de Janeiro zna i lubi najbardziej. Premier League.

Skarb kibica Barcelony

Coutinho na oficjalnej stronie Bayernu

 

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski