Kibice Barcelony, w przeciwieństwie do większości kibiców Realu, to ludzie, którzy nie muszą sięgać pamięcią w zamierzchłe czasy, by przypomnieć sobie okres dominacji swojego klubu w Europie. Historia, owszem, jest piękna i chwalebna, ale tym, czym szczycą się przede wszystkim cules, czyli kibice „Barcy”, jest teraźniejszość czy historia najnowsza. Pokolenie Xaviego i Puyola, wspierane przez Leo Messiego czy wcześniej Ronaldinho, prowadzone przez Rijkarda, a obecnie Pepa Guardiolę, to najlepsze, co przydarzyło się Barcelonie w jej 112-letniej historii.
Kim są cules? Jak głosi opowieść, nazwa ta pochodzi od słowa culo, oznaczającego… tyłek. Wzięła się ona stąd, że na Les Corts, dawnym stadionie Barcelony, kibice zasiadali na dość nisko osadzonych w trybunie ławach, a każdy rząd widziany od tyłu był właśnie rzędem cules, czyli tyłków.
Jeśli Real jest instytucją, to Barcelona jest korporacją, ale działającą na zasadach zdecydowanie bardziej komercyjnych. Od czasów, kiedy prezydentem klubu został Joan Laporta, profil klubu zdecydowanie uległ zmianie. Ogromny nacisk położono na działania marketingowe i PR-owskie, za cel zarząd postawił sobie konkurowanie na rynku transferowym z Realem. Wyborczą obietnicą Laporty (ponoć w dużej mierze dzięki niej wygrał) była ta związana ze sprowadzeniem Davida Beckhama. Nie udało się, Real przebił ofertę „Blaugrany”, ale ta wyszła na tym bodaj jeszcze lepiej, pozyskała bowiem piłkarza, który wkrótce miał stać się marketingową lokomotywą napędową, a mianowicie Brazylijczyka Ronaldinho.

Przyjście zawodnika z PSG oraz trenera Franka Rijkarda otworzyło nową erę w dziejach klubu, która jest udanie kontynuowana przez Pepa Guardiolę. O diametralnym wzroście popularności Barcelony mówi statystyka świadcząca o liczbie socios klubu, czyli fanów płacących składki, współdecydujących o jego losach. W roku 2003 było ich około 100 tys., obecnie zaś liczba ta przekracza 170 tys. Zważywszy, że FC Barcelona to nie tylko sekcja piłkarska i koszykarska (jak w Realu), a kilkanaście różnych, na które również potrzeba niemałych pieniędzy, „Barca”, chcąc dotrzymywać kroku „Los Blancos”, nie może sobie pozwolić na tak restrykcyjny system pozyskiwania nowych socios i penii. Płacisz, jesteś jednym z nas.
Tym sposobem socio mogą stać się celebryci, jak np. Kobe Bryant, Jose Zapatero, a swego czasu honorowy tytuł socio przyznano również Janowi Pawłowi II. Status ten daje liczne przywileje, takie jak możliwość kupna biletu w przedsprzedaży ze znacznym rabatem, bezpłatna prenumerata pisma klubowego, zniżki na gadżety klubowe, a także szereg praw wyborczych i decyzyjnych związanych z klubem.













