Historia 26-letniego Anglika zdecydowanie nie należy do tych, które nazywamy drogą usłaną różami. I co prawda tytułowy bohater na najwyższym poziomie sportowym utrzymuje się od dekady, jednak jej ostatnie lata mogłyby się równie dobrze nie wydarzyć. Connor Wickham zniknął bowiem z futbolowego radaru na prawie trzy lata. Okrutny los raz po raz zsyłał mu kłody pod nogi, by nie powiedzieć: rozżarzone węgle.
Mimo wszelkich przeciwności na przestrzeni wielu miesięcy były piłkarz Sunderlandu nigdy nie spadł na samo dno. Torpedowały go mniej lub bardziej poważne urazy, ale Crystal Palace zawsze wyciągało do niego pomocną dłoń. Bo kiedy tylko Wickham wracał (na moment) do pełni zdrowia, mógł liczyć na szansę w postaci występów na murawie. Z pewnością wielki udział miał w tym charakter piłkarza, który być może uratuje mu karierę na dłużej niż kilka miesięcy. Anglik znów wrócił do gry, tylko pytanie: na ile?

Orzeł z podciętym skrzydłem
Napastnik „Orłów” jest podręcznikowym przykładem na to, że nawet po przeżyciu zerwanych więzadeł krzyżowych można wrócić na najwyższe obroty. Ten feralny moment przypadł na dzień 27 listopada 2016 roku. Dzień, który okazał się istnym koszmarem i nakreślił dalszą, niespokojną przyszłość. Connor Wickham w wyniku jednego z najgroźniejszych urazów dla sportowców stracił aż półtora roku kariery. A jakby tego było mało, od momentu transferu do Crystal Palace w 2015 roku (za 9 mln funtów) kartoteka urazów Anglika w sposób niepokojący urosła do niebotycznych rozmiarów.
Teraz jest taki okres, w którym mogę spojrzeć wstecz na drogę, którą przebyłem. Na jej drugi koniec. To były najgorsze momenty w moim życiu w sensie piłkarskim. Ale z innej strony jest to coś, na czym mogę zbudować swoją pewność siebie. Do tego wiem, że mam w sobie ogromne pokłady motywacji, żeby iść do przodu.Connor Wickham (dla Independent, 6 stycznia 2020 roku)
Kolejno uraz mięśnia łydki, naciągnięcie ścięgien mięśni strzałkowych, zerwanie więzadeł krzyżowych, nadwyrężenie pachwiny… Mówiąc krótko, sztab medyczny klubu miał co robić w okresie zaledwie czterech sezonów. Przerażający jest również fakt, że Connor Wickham stracił tylko w wyniku samych urazów (na przestrzeni lat 2015-2018) ponad dwa lata i ok. 100 meczów do rozegrania. Rok 2019 nie był pod tym względem lepszy, bo widmo wcześniej trapiących kontuzji (nawet tych sprzed wielu lat) odzywało się w najmniej odpowiednich momentach. Jak choćby na początku sezonu 2019/2020 (11 straconych kolejek Premier League).
W pewnym sensie wychowanek Reading FC stał się ofiarą zamkniętego koła. Lub – metaforyzując – zaginął w czeluściach słynnego Trójkąta Bermudzkiego bez najmniejszych szans na wykaraskanie się z poważnych opresji. Wickham już w młodym wieku stał się piłkarzem podatnym na (głównie) urazy mięśniowe, co z jednej strony może wzmocnić zawodnika jako człowieka i zahartować w nim nieustępliwość, ale z drugiej skraca czas kariery i potencjalne osiągi. Od dłuższego czasu nawet kibice „Orłów” (ich większość) zaczęli spoglądać na swojego napastnika jak na zbędny balast.












