Cotygodniowy pogrom autorstwa Manchesteru City na trwałe zagościł już w kalendarzach fanów Premier League. Weekendowe plany niektórych pokrzyżowało za to Crystal Palace, które przełamało się w najmniej spodziewanym momencie i pokonało Chelsea. Kłopoty miały również inne londyńskie kluby, a zupełnie niezauważony na czwarte miejsce prześlizgnął się Marco Silva i jego Watford. Za nami jedna z ciekawszych kolejek tego sezonu, a co jeszcze przyniósł miniony weekend?
Bójka o Anglię
Hit kolejki zawiódł. Wyglądało to, jakby rezultat 0:0 w pełni satysfakcjonował obydwie strony. Podczas przedmeczowej konferencji zapytany o swoje defensywne ustawienie Mourinho odrzekł, że na mecz z Liverpoolem wyjdzie jednym obrońcą i dziewięcioma napastnikami. Podczas rozgrywanego w sobotę spotkania wyglądało to jednak dokładnie odwrotnie. Piłkarze Manchesteru niechętnie angażowali się w akcje ofensywne, a ich priorytetem było zachowanie czystego konta. Pomysłu na wygranie tego spotkania nie można odmówić za to krytykowanemu ostatnio Juergenowi Kloppowi. Liverpool prezentował się lepiej od swojego rywala, a raz po raz schodzący do środka Coutinho i Salah sprawiali defensywie „Czerwonych Diabłów” nie lada problemy. Zabrakło tego co zwykle – wykończenia.
Bez wsparcia kolegów niewiele potrafił zdziałać także Lukaku, który w końcówce pierwszej połowy nie wykorzystał bardzo dobrej okazji. Zupełnie obok spotkania przeszedł zmieniony w drugiej połowie Mkhitaryan, a w zachowaniu czystego konta ważną rolę odegrał nieoceniony David de Gea. Idealnym odzwierciedleniem postawy „The Reds” w tym meczu była gra wprowadzonego w 79. minucie Oxlade’a-Chamberlaina. Anglik zrobił trochę wiatru na prawym skrzydle, co może i wyglądało efektownie, ale nie przyniosło żadnych wymiernych korzyści. O ile przed meczem remis w pojedynku z będącymi na fali podopiecznymi Jose Mourinho fani Liverpoolu przyjęliby z pokorą, tak po samym spotkaniu mogą odczuwać spory niedosyt, bo „Czerwone Diabły” zdecydowanie były w ich zasięgu.
Następny proszę
Nie uwierzycie. Manchester City wygrał mecz piłki nożnej. Podopieczni Pepa Guardioli weszli na poziom nieosiągalny w Anglii dla nikogo. Wygrywają mecz za meczem, miażdżąc kolejnych rywali, i nic nie wskazuje na to, by miało się to wkrótce zmienić. Tym razem padło na bez(o)bronne Stoke, które poległo aż 2:7. Choć w pewnym momencie na tablicy widniał nawet wynik 3:2, to „The Citizens” błyskawicznie pokazali, kto tu rządzi. Świetne spotkanie rozegrali Gabriel Jesus i Kevin De Bruyne, którzy w kluczowym momencie zrobili różnicę.
Można się było zastanawiać, czy oglądamy właśnie to samo Stoke, które w drugiej kolejce pokonało Arsenal, a później urwało punkty United. Poza chwilowymi przebłyskami „The Potters” wyglądali naprawdę słabo, zwłaszcza w defensywie, gdzie rywale dosłownie robili, co chcieli. Kto będzie w stanie przeciwstawić się machinie Pepa Guardioli? Czy będzie to Burnley? Prawdopodobnie nie, ale czy nie to samo mówiliśmy o szansach Crystal Palace w meczu z Chelsea?











