Ponad 2/3 sezonu ekstraklasy już za nami, do końcowych rozwiązań pozostało pięć kolejek rundy zasadniczej i siedem grupy mistrzowskiej oraz spadkowej. Zatem na ekstraklasowym stole leży jeszcze 36 punktów do zdobycia dla każdej z drużyn. Dla kilku z nich każde oczko jest na wagę złota i może okazać się kluczowe w kwestii pozostanie na najwyższym szczeblu bądź pożegnania się z nim.
Stan tabeli po 25 kolejkach nasuwa nieskomplikowane wnioski – zdecydowanie najtrudniejsza przeprawa czeka ŁKS, który o pozostanie w lidze będzie walczył w głównej mierze z Koroną Kielce oraz Arką Gdynia. Widmo spadku spogląda cały czas w oczy Wiśle Kraków oraz Górnikowi Zabrze, ale w ich wypadku problem jest mniejszego rozmiaru. Będąca w pewnym momencie sezonu na szczycie tabeli Wisła Płock obecnie ma znacznie krótszą drogę do spadku aniżeli do mistrzostwa. Także w Lubinie i Białymstoku (co trudno było przewidzieć przed sezonem) sytuacja nie jest wcale tak bezpieczna i pewna. Zatem końcowe rozwiązania mogą przynieść jeszcze wiele różnych zaskoczeń.
Jednosezonowy Eden?
Łódzki Klub Sportowy do ekstraklasy po 7 latach przerwy wchodził z zamiarem namieszania w lidze i być może walki nawet o grupę mistrzowską. Jego plany szybko jednak zmieniła rzeczywistość ligowa, która okazała się dla łodzian brutalna. Przy życiu w walce o utrzymanie zespół Kazimierza Moskala utrzymała zwycięska batalia z Zagłębiem Lubin. Nie mogła ona rzecz jasna sprawić, że wszystko stanie się prostsze, bo dalej do bezpiecznego miejsca ŁKS-owi brakuje aż dziesięciu punktów, co w perspektywie pozostałych 12 kolejek jest różnicą niemałą, ale matematycznie możliwą do zniwelowania.
Gdyby tak jak w poprzednich sezonach z ligą żegnały się dwie a nie jak obecnie trzy kluby, to w Łodzi zupełnie inaczej by patrzono na sytuację w jakiej znajduje się ŁKS. Wówczas bowiem, żeby być na bezpiecznym miejscu w tabeli, trzeba by było odrobić pięciopunktową stratę do Arki, co nie byłoby mission imposible. Dziesięć punktów różnicy względem Wisły Kraków i Górnika Zabrze to nie jest oczywiście jeszcze wyrok na tegorocznym beniaminku, ale w takim wypadku marginesu błędu już w zasadzie łodzianie nie mają. Od sezonu 2013/2014, gdy wszedł w życie format rozgrywek ESA-37, żaden zespół po 25 kolejkach nie miał tak dużej straty do miejsca poza strefą spadkową.
ŁKS w 25 meczach stracił aż 43 gole, co sprawia, że statystycznie ma najgorszą defensywę w lidze. W rzeczywistości jest to duże przekłamanie, mając na uwadze, ile dobrego w szeregi defensywne wnieśli od początku rundy wiosennej Maciej Dąbrowski oraz Carlos Moros Gracia. Gdyby bowiem brać pod uwagę pięć kolejek rozegranych na wiosnę, to okazałoby się, że więcej goli od ŁKS-u straciło już aż dziewięć zespołów. Pozostaje więc jedynie gdybanie gdzie znajdowałby się dziś Łódzki Klub Sportowy, gdyby zamiast dwójki Sobociński-Rozwandowicz od początku sezonu grał dzisiejszy polsko-hiszpański duet.







Co ciekawe, żaden klub od czasu wejścia w życie ESA-37, będący po 25 kolejkach na ostatnim miejscu w ligowej tabeli, nie zdołał uchronić się przed spadkiem. Nie wróży to zatem dobrze ŁKS-owi, który ponadto ze wszystkich wymienionych drużyn ma obecnie największą stratę do bezpiecznej lokaty. Przez dwa ostatnie sezony, w których po 30 kolejkach zdobyte punkty nie były już dzielone na pół, do pozostania na najwyższym krajowym szczeblu wystarczyło 37 punktów (2017/2018), bądź 41 (2018/2019). Gdybyśmy jednak chcieli przenieść to na realia obecnego sezonu, to za wyznacznik trzeba by było wziąć 13 drużynę tabeli w ówczesnych kampaniach. Wtedy do utrzymania należałoby uzbierać 42 lub 39 punktów.

Kto na koniec sezonu przynajmniej na rok pożegna się z ekstraklasą, jeszcze nie wie nikt. Od czasu przedłużenia sezonu do 37 kolejek, pięć z dwunastu klubów będących po 25 kolejkach w strefie spadkowej, było w stanie spadku uniknąć. Można oczywiście prorokować jak będzie tym razem, ale w wypadku tak przaśnej ligi jaką jest Ekstraklasa, wydarzyć może się jeszcze bardzo wiele. Legia na czele stawki odskoczyła dosyć wyraźnie reszcie zespołów walczących o mistrzostwo kraju. Więc kto wie – może w takim wypadku właśnie na dnie tabeli czekają nas największe emocje?



