Sensacja – mówili jedni! Katastrofa – mówili inni! Koniec świata, myśleli niektórzy! Takie były reakcje po porażce Legii Warszawa z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Jednak jeśli rzeczywiście była to tak wielka sensacja, to dlaczego tak wielu ludzi przewidziało wynik końcowy meczu Podbeskidzie – Legia? Żadna sensacja, raczej naturalna kolej rzeczy. Dlaczego? Wyjaśniam poniżej.
Jeszcze zanim rozległ się pierwszy gwizdek sędziego, napisałem na Twitterze, że Legia tego meczu nie wygra. Dodałem też, że chętnie pobawię się w hazardzistę i założę się na przykład o kilka piw. Spodziewałem się, że zaraz całe tabuny sympatyków Legii rzucą się w odpowiedzi i zaczną się domagać browara jeszcze przed końcem spotkania, ale tak się nie stało. Odpowiedziała tylko jedna osoba, która zakład przyjęła, ale później przyznała się, że też poważnie rozważała możliwość zwycięstwa Podbeskidzia.

Szklanej kuli nie posiadam, nie dzwonię też do telewizji, żeby jakaś wróżka wyczytała wynik meczu w tarocie. Zwyczajnie staram się obserwować polską ligę, a że Legia reprezentuje nasz kraj w europejskich pucharach, patrzę na ten klub z nieco większą wnikliwością. Już w poprzednich meczach zauważyłem, że legioniści nie odpowiadają agresją na agresję, a w piłce nożnej nie zawsze jest tak jak w naturze – tu ogień trzeba zwalczać ogniem. A jakie argumenty przeciwko Legii może postawić przeciętne Podbeskidzie prowadzone dodatkowo przez Leszka „Macho Man” Ojrzyńskiego? Ogień!
„Górale” zagrali z maksymalnym zaangażowaniem, grając na śmierć i życie o każdy centymetr boiska. Dla warszawian taka gra jest wyzwaniem zbyt trudnym, nie niemożliwym, ale zbyt wymagającym. Ojamaa chciał walczyć tylko wtedy, kiedy miał piłkę, Dwaliszwili tylko wtedy, gdy wiedział, że za chwilę może dostać piłkę, Vrdoljak ostatni raz walczył o zwiększenie ilości włosów na swojej głowie, a pozostali chcieli walczyć wyłącznie z Ojamąą, kiedy ten po raz kolejny im nie podał. Co innego taki Olek Jagiełły, legionista, który pracuje obecnie w innym środowisku (na szczęście), on gdyby mógł, to by się chętnie rozdwoił, a może nawet rozpięciorzył, by tylko móc przynieść swojej drużynie więcej korzyści.
Legia obecnie przypomina kulturystę, który jest znakomicie umięśniony, wręcz budzi podziw swoją posturą, i wszyscy się spodziewają, że zaraz wbije w ziemię każdego, kto stanie mu na drodze. Ale kiedy dochodzi do starcia, okazuje się, że te mięśnie są niczym napompowany balon, który pęka przy najmniejszym szturchnięciu. Kulturysta pada na kolana przed pierwszym lepszym chłopem z pola, bo chłop nabiera siły dzięki ciężkiej pracy, a nie pompowaniu mięśni.
Teraz trzeba zadać sobie pytanie: Kto jest winny tej bezpłciowości Legii? Wcześniej trenerem był Skorża i Legia była bezpłciowa, teraz jest Urban i w grze warszawian wciąż nie widać męskich atrybutów. Może Legia potrzebuje kogoś takiego jak Ojrzyński, kogoś takiego jak Lenczyk, takiego Janusza Wójcika albo Dana Petrescu. Jedno jest pewne, obecna formuła się wyczerpała i zmiana na stanowisku szkoleniowca jest niezbędna.











