W dokończeniu IV rundy Pucharu Ligi w szlagierowym pojedynku na White Hart Lane górą był Tottenham, który po dwóch trafieniach Pawluczenki i Fraizera Campbella pokonał "The Reds" 4:2. Tymczasem bohaterskie Burnley zatrzymało Chelsea na Stamford!
Odkąd Harry Redknapp objął schedę po Juande Ramosie, zespół „Kogutów” przeszedł prawdziwą metamorfozę, jak gdyby zawodnicy przedtem grali przeciwko hiszpańskiemu trenerowi.
Zaczęło się od remisu 4:4 z Arsenalem, a teraz Tottenham ograł Liverpool 4:2, prowadząc do przerwy już 3:0.
Tradycyjnie oba zespoły dały odpocząć kluczowym zawodnikom. W drużynie gospodarzy zabrakło będącego w kapitalnej formie Darrena Benta, a między słupkami bramki gości stanął młody Cavalieri.
Mecz sezonu rozegrał jednak przede wszystkim wypożyczony z Manchesteru United Fraizer Campbell, dzięki któremu w ostatnie 7 minut pierwszej części spotkania udało się zdobyć trzy bramki. Młody Anglik najpierw asystował przy trafieniu Rosjanina Pawluczenki, a potem sam dwukrotnie trafił do siatki.
Po zmianie stron obejrzeliśmy kolejne trzy gole. Wynik ustanowił Sami Hyypia w 64. minucie po koszmarnym błędzie Heurelhio Gomesa. Brazylijczyk miał tego dnia ogromnego pecha, bowiem chwilę później musiał opuścić boisko z powodu groźnie wyglądającej kontuzji.
Blamaż Chelsea
Niesamowity wieczór mieli zarówno piłkarze, jak i garstka kibiców Burnley, którzy zawitali na ogromny Stamford Bridge. Skazani na pożarcie goście mieli stąd wyjechać z bagażem kilku bramek. Stało się jednak zupełnie odwrotnie. Drugoligowiec wprawdzie przegrywał po trafieniu Didiera Drogby (de facto po raz drugi powracającego po kontuzji), jednak w 69. minucie udało się wyrównać Ade Akinbyi i taki wynik utrzymał się do końca spotkania, a nawet dłużej, bowiem dogrywka także nie przyniosła rozstrzygnięcia.
O wszystkim zadecydowały rzuty karne, które lepiej egzekwowali przyjezdni i to oni przeszli do następnej rundy.
Luis Felipe Scolari na pewno nie może się tłumaczyć wystawieniem rezerw, bowiem nawet trzeci garnitur „The Blues” jest trzykrotnie więcej warty niż podstawowa jedenastka Burnley.
Kolejny raz okazało się, że IV Carling Cup jest cmentarzem najlepszych drużyn w Anglii.
Sunderland z Blackburn dzisiaj spotkały się w Carling Cup, natomiast w weekend rewanżować się będą w ramach Premier League. Tym razem padł wynik 2:1 dla Rovers, a wściekłości nie krył manager gospodarzy – Roy Keane. Irlandczykowi szczególnie puściły nerwy w 70. minucie gry, gdy Phillip Bardsley pokonał własnego bramkarza, co spowodowało wynik 0:2 dla gości. Wiadomo już było, że Sunderland tego meczu nie wygra. I tak też się stało, „Koty” potrafił odpowiedzieć tylko trafieniem Jonesa.