Wśród powołań do reprezentacji Polski często bywa tak, że są swego rodzaju emocje i kontrowersje. Najczęściej dotyczą one zawodników z pola, którzy mają raz słabszy, raz lepszy moment. Jednakże, przy piątkowych powołaniach Jana Urbana można było się zastanawiać dlaczego wśród powołanych nie ma Marcina Bułki? Czy swoim ruchem przymknął sobie drzwi do kadry? W poniższym artykule przyjrzymy się pozycji bramkarza, odpowiemy sobie na pytanie dlaczego Marcin Bułka wybrał ligę Saudyjską, oraz o ewentualnej zmianie w obsadzie bramki reprezentacji Polski.
Minął ponad miesiąc od transfery Marcina Bułki do saudyjskiego Neom. Klub, który podpisał z zawodnikiem czteroletni kontrakt ma wysokie aspiracje związane z wygraniem Saudi Pro League. W tym celu postawił na wzmocnienia, które długofalowo mają dać szansę rozwoju, a w przyszłości awans na klubowe mistrzostwa świata. W kontekście polskiego bramkarza zostało powiedziane zasadniczo wszystko, jednak my przyjrzymy się bliżej jego sytuacji na bliskim wschodzie i przedstawimy projekt, do którego trafia bramkarza reprezentacji Polski.
Neom – miasto i klub przyszłości
Zacznijmy od tego, że do pewnego momentu liga Saudyjska kojarzyła nam się raczej z czterema potężnymi klubami, które należały do Public Investments Fund – AL-Hilal, AL-Ahli, AL-Ittihad, AL-Nassr. Mniejsze kluby również były w stanie walczyć o duże nazwiska światowego futbolu (Al-Etifaq zatrudniło Stevena Gerrarda), jednakże najwięcej mówiło się właśnie o tej wielkiej czwórce. Z biegiem czasu nasze wrażenia przeszły dezaktualizację i już teraz widać, że tych klubów jest znacznie więcej. Wpływ na to ma duża ilość pieniędzy przeznaczanych na futbol, która jest wręcz horrendalna. Sam poziom też jest większy, ale o tym w dalszej części artykułu.
Saudi Arabia is building a partially glass-bottomed hotel across a 450-metre long bridge. Forming part of NEOM, Treyam will sit 36-metres above a lagoon and offer guests a rooftop infinity pool along with views down through the floors of their rooms.
📷 NEOM pic.twitter.com/ggPYxMK5y1
— The B1M (@TheB1M) August 30, 2025
Ekologiczne przedsięwzięcie powstaje w ramach planu Saudi Vision 2030, który zakłada przemianę kraju w światowe supermocarstwo. Wszystko to ma zostać osiągnięte dzięki niebotycznym nakładom finansowym uzyskanym z sprzedaży ropy, gazu i najnowszych technologii. Projekt jest długofalowy, który ma zahaczyć o kolejne dekady, a jego podwalinami i jednocześnie zwieńczeniem ma być mundial w 2034 roku rozgrywany w Arabii Saudyjskiej. Sam projekt miasta budzi kontrowersje dotyczące łamania praw człowieka i ekologii. Ponadto budowa miasta ma doprowadzać do masowych przesiedleń, a nawet śmierci lokalnej społeczności.
Klub z wielkimi ambicjami
Klub, jak już wspomnieliśmy ma wielkie marzenia i cele związane z podbojem ligi, azjatyckiej ligi mistrzów, co finalnie doprowadzi do występu zespołu na klubowych mistrzostwach świata za pięć lat. Po awansie na najwyższy szczebel rozgrywkowy władze klubu postanowiły zakupić Saida Benhramę za 12. milionów euro. Oprócz Algierczyka do zespołu trafił Alexandre Lacazette, Amadou Kone, Abdoulaye Doucoure oraz Christophe Galtier, który doskonale zna bramkarza reprezentacji Polski i postanowił ściągnąć go z powrotem. Wcześniej grał tam już Ahmed Hegazi (reprezentant Egiptu), a trenerem był Pericles Chamusca, które było jego 33. miejscem pracy. Dyrektorem sportowym klubu jest natomiast Kyriakos Dourekas, były działacz związany z Nottingham Forest.
Neom to klub, który przez większość swojej historii tułał się w niższych ligach Saudyjskich. Dopiero kilka lat temu udało się awansować na zaplecze Saudi Pro League, a w poprzednim sezonie wywalczyć awans. Właścicielem klubu reprentanta Polski jest książę Mohammed bin Salman, który jest również premierem Arabii Saudyjskiej. Jak wspomniał jednym z wywiadów: sport jest w pewnym sensie łącznikiem wszystkiego i przez sportowców można osiągnąć wiele. Głównie dlatego swoje imperialistyczne projekty Arabia Saudyjska opiera właśnie na lidze Saudyjskiej, która rośnie w siłę bardzo szybko. Klub ma stać się wizytówką państwa na półwyspie Arabskim.
Czy rynek zweryfikował Bułkę?
Marcin Bułka nie trafił do Arabii, bo został zweryfikowany przez rynek czy odrzucony w Europie. To była świadoma decyzja, wynikająca z kilku czynników. Po pierwsze, liga saudyjska to już nie jest miejsce kojarzone wyłącznie z wielkimi pieniędzmi i piłkarską emeryturą. Poziom rozgrywek poszedł w górę, a mecze są coraz ciekawsze do oglądania. Bułka przechodzi do klubu, który ma realne ambicje sportowe, a przy tym zarobi ogromne pieniądze. W Sunderlandzie, do którego był przymierzany, grałby raczej na granicy Premier League i Championship, co sportowo nie byłoby dla niego żadnym krokiem do przodu. Tymczasem w Arabii zarobki sięgają około dziesięciu milionów euro rocznie, a w Anglii mógłby liczyć na cztery. Różnica jest kolosalna, zwłaszcza dla bramkarza, gdzie takie kontrakty to rzadkość.
Trzeba też pamiętać, jak specyficzną pozycją jest bramka. Propozycja z Sunderlandu nie oznacza, że Bułka nie ma poziomu. Wręcz przeciwnie – w Nicei z roku na rok prezentował się coraz pewniej i stabilniej. Problem polega na tym, że topowe kluby zwykle mają świetnie obsadzoną pozycję numer jeden. Wystarczy spojrzeć na Arsenal, gdzie rezerwowym jest Kepa – bramkarz z dużym nazwiskiem, który mimo to od lat funkcjonuje bardziej jako „dwójka”. To naturalny podział – są bramkarze, którzy muszą być jedynkami, bo tylko w takiej roli czują się spełnieni, i tacy, którzy lepiej odnajdują się jako solidni zmiennicy.
W przypadku Bułki oferta z Arabii była po prostu nie do odrzucenia. Da mu status numeru jeden w klubie z ambicjami i jednocześnie finansowe zabezpieczenie na lata. Trudno wyobrazić sobie piłkarza, który w jego sytuacji powiedziałby „nie”.
Opcja powrotu jest realna
Sytuacja Bułki w Arabii wcale nie musi oznaczać długiego rozstania z europejskim futbolem. Jeśli po roku czy dwóch uzna, że czas wrócić, to na oferty nie będzie musiał czekać długo – i na pewno nie będą to propozycje z klubów pokroju Kayserisporu. Bramkarz reprezentacji Polski jest po prostu zbyt mocnym zawodnikiem, żeby rynek go pominął. Do tego wróci z ogromnym kontraktem na koncie i wciąż w idealnym wieku dla golkipera. Wtedy nadal będzie miał przed sobą wiele lat grania na wysokim poziomie. Dobrym przykładem jest Gabri Veiga, który wyjechał do Arabii jako młody talent, a po roku znów trafił do czołowego klubu w Europie.

Wystarczy spojrzeć na jego liczby z zeszłego sezonu w Nicei, żeby zrozumieć, dlaczego Bułka jest w cenie. Na wykresie widać, że świetnie bronił – 75% obronionych strzałów to wynik w topie Ligue 1. Wyróżniał się też w grze na przedpolu – 1,54 skutecznych wyjść na 90 minut stawia go w czołówce ligi. Dodatkowo ma solidną jakość w dłuższych podaniach – blisko 70% celności przy próbach rozegrania piłki na dalszą odległość to wynik powyżej średniej.
Stać nas na porzucenie takiej klasy bramkarza?
Polska reprezentacja nie należy do największych potęg światowego futbolu, o tym nie trzeba nikogo przekonywać. Ale jest jeden obszar, w którym możemy być względnie spokojni – bramka. Ostatnie ruchy Marcina Bułki, który postanowił związać swoją przyszłość z Arabską ligą, mogą wywoływać różne komentarze, ale wcale nie muszą oznaczać problemu dla kadry. Wręcz przeciwnie – to idealna okazja, żeby przyjrzeć się innym bramkarzom i sprawdzić, kto faktycznie jest gotowy do gry na najwyższym poziomie reprezentacyjnym.
Wcale nie jesteśmy skazani na jednego bramkarza. Nie od dziś wiadomo, że Polska bramkarzami stoi. Mamy wiele alternatyw w razie kontuzji, czy innych ewentualności i nie musimy się bać, że poziom na zgrupowaniu w bramce spadnie. Sytuacja z Bułką może być wręcz korzystna. To moment, żeby testować alternatywy, sprawdzać nowych ludzi i szukać rozwiązań, które w dłuższej perspektywie mogą okazać się cenniejsze niż powtarzanie starych schematów. To czas, żeby dać szansę tym, którzy normalnie nie mieli okazji pojawić się na zgrupowaniu (Grabara), a teraz mogą mieć szansę się wykazać.
Jeżeli Bułka wróci, naturalnie będzie można ponownie rozważyć jego powołanie. Ale na tę chwilę brak jego obecności nie jest żadnym dramatem. Polska kadra nie spadnie jakościowo, bo fundament w postaci solidnych bramkarzy mamy. Ten moment to szansa na sprawdzenie szerokości kadry i pokazanie, że mamy kogo wystawić między słupkami, nawet jeśli jedna z większych gwiazd wybiera inną drogę.
Kamil Grabara miał świetny sezon – powołanie nie dziwi
Kamil Grabara to przypadek bramkarza, który od lat wzbudza emocje nie tylko swoją grą, ale też charakterem. Ostatni raz był powołany do reprezentacji w sezonie 2022/23, na mecz Ligi Narodów przeciwko Walii – wtedy też zadebiutował w kadrze. Od tamtej pory minęło sporo czasu, a w polskiej bramce zdążyło się trochę pozmieniać. Sam Grabara jednak wciąż pozostaje jednym z ciekawszych golkiperów, jakich mamy do dyspozycji. Na pierwszy rzut oka jego liczby z Wolfsburga nie wyglądają spektakularnie. W Bundeslidze broni średnio 64% strzałów, a w statystyce zapobieganych goli jest „na minusie”, czyli faktycznie wpuścił więcej bramek, niż wskazywałaby jakość uderzeń rywali. To może sugerować, że nie był sezonem życia, ale nie oddaje całego obrazu.
Po pierwsze. Wolfsburg nie był drużyną idealnie zorganizowaną w obronie i często wystawiał swojego bramkarza na trudne sytuacje. Po drugie. Grabara wciąż wyróżnia się w elementach, które są dziś w cenie: potrafi grać nogami, ponad 67% celnych długich podań to wynik naprawdę solidny. Do tego aktywnie pracuje na przedpolu, notując średnio 1,3 skutecznych wyjść poza linię pola karnego na mecz.

Warto też pamiętać o tym, jak prezentował się wcześniej w Kopenhadze. To tam udowodnił, że potrafi być liderem zespołu. Zdobył dwa mistrzostwa Danii, Puchar kraju i indywidualne wyróżnienia dla najlepszego bramkarza ligi nie biorą się z przypadku. W jednym z sezonów potrafił zachować czyste konto przez ponad 760 minut, co jest wynikiem absolutnie elitarnym. To była liga, w której pełnił rolę nie tylko golkipera, ale też lidera mentalnego drużyny, co zresztą zostało zauważone przez kibiców, którzy pokochali Polaka.
***
I tu dochodzimy do najważniejszego – charakteru. Grabara ma reputację „mocnego w gębie”, czasem nawet zbyt mocnego. Nigdy nie owija w bawełnę, mówi, co myśli, a na boisku potrafi ostro ustawić obronę. Niektórzy odbierają to jako arogancję, ale tak naprawdę w reprezentacji brakuje dziś zawodników o tak wyrazistym profilu. To nie jest ktoś, kto się przestraszy, jeśli mecz zacznie się źle, tylko raczej typ, który poderwie zespół i będzie grał swoje. W realiach międzynarodowych, gdzie presja jest ogromna, taki mental jest na wagę złota.
Łukasz Skorupski – pozostanie pierwszym bramkarzem?
Łukasz Skorupski to bramkarz, który od lat kręci się wokół reprezentacji, ale nigdy nie był tym pierwszym wyborem na dłużej. Trochę z powodu pecha do czasów, bo przez większość kariery musiał stać w cieniu dwóch znakomitych bramkarzy – Szczęsnego i Fabiańskiego, którzy akurat mieli swoje najlepsze lata. Skorupski zawsze był gdzieś obok, gotowy, solidny, ale nie dostał tak naprawdę dłuższego okresu, by udowodnić, że potrafi utrzymać bramkę kadry na stałe. U Probierza było to szczególnie widoczne – selekcjoner zmieniał go z Bułką co chwilę i w praktyce żaden z nich nie miał komfortu psychicznego. Dla bramkarza, który żyje z pewności siebie i rytmu, takie rotacje to katastrofa.

Patrząc na jego liczby z ostatniego sezonu w Serie A, widać kilka rzeczy. Bronił 61% strzałów, co nie jest wynikiem szczególnie mocnym, i w statystyce zapobieganych goli był wyraźnie na minusie – praktycznie 22% poniżej oczekiwań. To pokazuje, że wpadało mu więcej, niż powinno. Z drugiej strony statystyki podaniowe wyglądają nieźle. 70% celności krótkich podań i ponad 70% udanych długich zagrań to wartości solidne. Do tego był mocno włączony w rozegranie – średnio ponad 30 podań na mecz, a to dla bramkarza sporo. Mniej aktywny na przedpolu niż Bułka czy Grabara, ale za to dobrze wpisywał się w styl włoskiej drużyny, która bardziej bazuje na ustawieniu defensywy niż na „sweeper keeperze”.
W reprezentacji, gdy dostawał szansę, to raczej dowoził. Nie był może spektakularny, ale dawał spokój i nie zawodził w prostych sytuacjach. Można go określić jako bramkarza, który nigdy nie zrobił wielkiej kariery medialnie, ale zawsze był na poziomie, którego selekcjonerzy mogli być pewni.
Skorupski vs Grabara
Ciekawym pomysłem nowego selekcjonera reprezentacji Polski mogłoby być postawienie na Kamila Grabarę w miejsce Łukasza Skorupskiego. Byłby to autorski pomysł, który miałby zarówno plusy, jak i minusy. Jan Urban to typowe przeciwieństwo Michała Probierza. Być może nowy trener będzie chciał postawić na któregoś z bramkarzy bez zbędnej rotacji i w pełni zaufa mu na boisku. Tutaj pojawia się furtka dla Kamila, którego trener lubi i nie raz mówił, że bacznie się mu przygląda. Z pewnością postawienie na młodego bramkarza długofalowo będzie miało więcej plusów, niż sadzanie go na ławce zwłaszcza, że miał bardzo dobry poprzedni sezon.
Łukasz Skorupski z pierwszym czystym kontem w sezonie Serie A. Bologna pokonała u siebie 1:0 Como. 🇮🇹
— Tomek Hatta (@Fyordung) August 30, 2025
Z drugiej jednak strony pojawia się Łukasz, którego pozycja w reprezentacji była przyćmiona przez świetnie radzących sobie Łukasza Fabiańskiego i Wojciecha Szczęsnego. Pokornie, cierpliwie i z uniesioną głową czekał na swoją szansę, a gdy już się nadarzyła wykorzystywał ją w stu procentach. Warto przypomnieć sobie choćby mecz z Francją na Euro 2024, gdzie zagrał jeden z najlepszych meczy w karierze. Postawienie więc na Grabarę byłoby niesprawiedliwe i niezbyt fair, jednak pamiętajmy, że trener może mieć swoją wizję, która w obu przypadkach będzie oznaczała dyskusję na temat tego kto powinien grać w pierwszym składzie.