Korona Kielce i Leszek Ojrzyński w PKO BP Ekstraklasie? Od razu wiedzieliśmy, z czym to się wiąże. Jazda na tyłkach, nieustępliwość i charakterność. Mało w tym wszystkim piłki, ale można by rzec: romantyzm w futbolu, którego wielu obecnie brakuje. Nikt po „Koroniarzach” nie oczekiwał gry miłej dla oka. Niestety same cechy wolicjonalne nie wystarczyły, aby Leszek Ojrzyński utrzymał posadę w Kielcach.
Korona w sobotnie popołudnie zremisowała z Piastem Gliwice, który zresztą w ciągu tygodnia również pożegnał się z trenerem. Punkt nie zadowolił sterników „Scyzorów”, którzy stwierdzili, że najwyższy czas podziękować szkoleniowcowi, który wprowadził ich do ekstraklasy, a w przeszłości słynął z niesamowitych wyników na Suzuki Arena. Kolejny beniaminek pożegnał się z trenerem.
Korona Kielce grała tak, jak mogła?
Warto jednak przypomnieć, że Miedź miała większe ambicje niż możliwości – i to ją zgubiło. Za to Korona Kielce od pierwszej kolejki, od pierwszej minuty wiedziała, jak musi grać, i to nie było dla nikogo zaskoczeniem. Spodziewaliśmy się, że mecze z udziałem „Koroniarzy” będą miały mniej wspólnego z piłką, a więcej będzie tam walki wręcz. Wystarczy przypomnieć pierwszy mecz z Legią, kiedy zawrzało po przypadkowym faulu Bartosza Śpiączki, którego okrzyknięto „rzeźnikiem”.
Korona Kielce miała pod wodzą Leszka Ojrzyńskiego swój styl. Uznany przez wielu za beznadziejny i psujący futbol. Zespół nawet w 1. lidze nie grał efektownie, więc tym bardziej nie oczekiwalibyśmy niczego więcej szczebel wyżej. „Scyzory” mają na koncie najwięcej fauli. Sędziowie najczęściej pokazują im żółte kartoniki. Kielczanie mają także zdecydowanie najmniejsze średnie posiadanie piłki. Piłkarsko to najsłabszy klub w ekstraklasie, więc czymś muszą nadrobić różnicę umiejętności.











