W sobotnich spotkaniach Premiership, mianowicie Blackpool z Fulham oraz Wolverhampton z Newcastle, odnotowano dwa remisy. „The Cottagers” nie przełamali passy pięciu meczów bez zwycięstwa na wyjeździe.
Blackpool 2:2 Fulham
Blackpool, rewelacyjny beniaminek tegorocznego sezonu Premiership, rozegrał swój kolejny mecz. Przed własnymi kibicami na Bloomfield Road zmierzył się z finalistami zeszłej edycji Ligi Europejskiej, prowadzonym przez Marka Hughesa Fulham. Chociaż podopieczni Iana Hollowaya na inauguracji upokorzyli Wigan, tak już po około tygodniu uznali wyższość Arsenalu. Jak zatem poradzili sobie na własnym stadionie? Ano co najmniej nieźle, bo przecież można tak określić remis z drużyną pokroju „The Cottagers”.

Na pierwszą bramkę zgromadzeni na Bloomfield Road kibice musieli czekać 35 minut. Czy mieli jednak powody do radości? Ci, którzy przyjechali z Londynu, na pewno, ponieważ Bobby Zamora dał prowadzenie swojej drużynie. Była to dla nich wiadomość doprawdy satysfakcjonująca, gdyż do tej pory Fulham nie wygrało żadnego ze swoich pięciu ostatnich meczów na wyjeździe.
Kolejne minuty napawały gości optymizmem, ponieważ szansa na zgarnięcie trzech punktów była ogromna, a po remisie z Manchesterem United byłoby to istne umocnienie pozycji w tabeli. Jednak podobnie jak w poprzedniej kolejce, tak i w tej padł samobój. Tym razem nie strzelił go Hangeland, lecz Pantsil. Pechowiec nie zdołał także powtórzyć wyczynu swojego kolegi, gdyż w odrobieniu strat w sposób bezpośredni nie pomógł. Co ciekawe, już pięć minut później Luke Varney dał gospodarzom prowadzenie.
Tak czy owak, ostateczny wynik ustalił Dickson Etuhu, gdyż na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry zdobył bramkę dającą remis. Powtórka z rozrywki? Zawodnikom Fulham na pewno nie jest do śmiechu, ponieważ w łatwy sposób stracili dwa punkty. Niekorzystna passa meczów na wyjeździe nie została przerwana, Blackpool zaś po raz kolejny zyskało i udowodniło, że wcale nie jest pretendentem do spadku.
Wolverhampton 1:1 Newcastle
Na Molineux Stadium sędzia Stuart Attwell musiał dość często pozwalać sztabowi medycznemu na wkroczenie na boisko. Nie dziwi zatem fakt, że pokazał on aż 12 żółtych kartek. Gospodarze, Wolverhampton, w pierwszej połowie mieli bardzo dużo okazji ku strzeleniu bramek, jednak tyle samo było i pecha. Mowa, choćby o strzale Ebanks-Blake’a, który trafił w słupek. Na pierwszego gola trzeba było poczekać aż do końca pierwszej połowy. W 43. minucie bramkę strzelił wspomniany zawodnik przy asyście Van Damne.
W drugiej połowie walkę zdołało nawiązać Newcastle, które jednak zdecydowanie lepiej radzi sobie na własnym stadionie (vide 0:3 z United i 6:0 z Aston Villą). Gola wyrównującego zdobył ten sam, co w drugiej kolejce mógł cieszyć się z hat-tricka, a więc Andy Carroll, który doskonałe wykorzystał podanie od Bartona. Zgromadzeni na Molineux nie zobaczyli piękna futbolu, niezwykle przyjemnej dla oka gry. Podział punktów po dość dobrym starcie sezonu, a w dodatku częste przerywanie gry przez sędziego – kibice „Wolves” na pewno nie tego oczekiwali.











