Przed rozpoczęciem niedzielnego starcia pomiędzy Liverpoolem a Aston Villą w ramach półfinału Pucharu Anglii mało kto spodziewał się, że ekipa z Birmingham zdoła wyeliminować „The Reds”, ale tak się właśnie stało. Wygrana 2:1 nie byłaby zapewne możliwa, gdyby nie wspaniała ostatnio forma napastnika „Lwów”, Christiana Benteke.
O tym, że reprezentant Belgii jest bardzo groźnym atakującym, wiadomo od dawna. Czasami tylko nazwisko czarnoskórego gracza umyka naszej uwadze na dłuższy czas, ponieważ dość często bywa kontuzjowany lub ma problemy z przełamaniem swojej strzeleckiej niemocy. O ile pierwszej przyczynie spadków formy Benteke trudno było komukolwiek zapobiec, o tyle druga pozostaje już tylko zależna od niego samego. Nasz bohater jest zawodnikiem dość chimerycznym, nieprzewidywalnym, co stanowi zarówno jego zaletę, jak i sporą wadę. Gwiazda niedzielnego sensacyjnego pogromcy LFC potrafi przez kilka meczów z rzędu ośmieszać bramkarzy przeciwnych drużyn, by następnie zapaść na popularną wśród napastników chorobę — niemoc strzelecką. To sprawia, że Christian pozostaje wciąż zawodnikiem średniaka Premier League, zamiast stanowić o sile jakiejś znanej europejskiej marki. Cały czas pozostaje o krok od bycia prawdziwą gwiazdą futbolu.
Może jednak obecny sezon i potencjalny triumf w finale FA Cup, który odbędzie się 30 maja na najsłynniejszym brytyjskim stadionie — Wembley, pozwoli podatnemu na kontuzje zawodnikowi posunąć nieco swoją karierę. Aktualnie Benteke znajduje się na fali wznoszącej, tak jak cała jego drużyna, ale jak daleko ich ona zawiedzie, tego nie wie nikt. Kibice AV liczą, iż przedostatniego dnia maja to właśnie oni cieszyć się będą z wywalczonego trofeum, a ich oczekiwania nie muszą wcale spocząć na niczym. Co prawda, rywalem zespołu Tima Sherwooda będzie obrońca tytułu, londyński Arsenal, który dysponuje większym potencjałem oraz doświadczeniem, lecz wczorajszy półfinał pokazał, że faworyt nie zawsze musi wygrywać.
Tym bardziej że „Kanonierzy” często miewają problemy w spotkaniach, przed których rozpoczęciem są upatrywani przez bukmacherów jako murowani kandydaci do wywalczenia danego pucharu. Rok temu zdołali sięgnąć po pierwsze od dziewięciu lat trofeum, ale początek finałowego meczu wcale na to nie wskazywał. Już po zaledwie ośmiu minutach gry Arsenal przegrywał z niżej notowanym Hull City 0:2 po bramkach Jamesa Chestera i Curtisa Daviesa. Na szczęście dla chłopców Arsene’a Wengera mieli oni jeszcze dużo czasu, by odmienić przebieg meczu, czego udało im się dokonać. Kontaktowy gol Santiago Cazorli oraz wyrównujący Laurenta Koscielnego sprawiły, że do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka, w której decydującą o wygranej londyńczyków bramkę zdobył Aaron Ramsey.












