Jeszcze wczoraj, przygotowując się do tego tekstu, starałem się na kartce wypisać wszelkie argumenty przemawiające za tym, że Franciszek Smuda może dokonać rewolucji w Wiśle Kraków, tchnąć ducha w piłkarzy, wyciągnąć klub z dna. Jednak po kilkunastu minutach podarłem kartki i stwierdziłem, że to naiwne.
Brakuje racjonalnych przesłanek, na których można by budować optymizm. To trochę tak, jak spróbować wykazać, że Andrzej Gołota byłby w stanie za dwa, trzy lata zdetronizować któregoś z braci Kliczko. Po prostu abstrakcja. To życie sukcesami z przeszłości, a przecież opiniowanie powinno nadążać za duchem czasu, być elastyczne i dynamiczne. Nie oszukujmy się, Smuda nie jest już w stanie niczego uzdrowić poza własnym portfelem.
Wisła to obecnie zespół totalnie wypalony psychicznie, klub, który choruje na bardzo głęboką chorobę. Czy lekiem na nią jest były selekcjoner reprezentacji Polski? Oczywiście, że nie.
Smuda nie poprawi:
– relacji z PZPN-em,
– frekwencji, bo fani w Krakowie na jego nazwisko reagują alergicznie, „każdy to powie, nie chcemy Smudy w Krakowie”,
– kontaktów z piłkarzami, bo o psychologii ma takie pojęcie jak Kim Dzong Un o prawach człowieka. „Przecież w zespole nie ma wariatów”,
– komunikacji, bo mało który z zawodników „Białej Gwiazdy” mówi po polsku czy niemiecku,
– transferów,
– przygotowania fizycznego, bo trudno na własny nos szkolić zespół tak zróżnicowany wiekowo,
– wizerunku klubu czy PR.

Zresztą tak się czasem zastanawiam, skoro piłkarze Wisły nie wytrzymali pracy z Probierzem i robili wszystko, żeby go zwolnić, to jak długo przetrwają ze Smudą? Trzy? Cztery kolejki?Ustalając w przerwie taktykę? Śmiejąc się z trenera po kątach?
Nie oszukujmy się, „Gargamel” – jak nazywa go wielu piłkarzy, nigdy nie uchodził za wzór współpracy z ludźmi. Nigdy także nie cieszył się zbyt wielkim szacunkiem i zaufaniem zawodników. Wielu z nich przyzwyczajonych do bądź co bądź wyższej półki intelektualnej, traktowało go ze sporym pobłażaniem. Świadczą o tym słowa Lewandowskiego o zmianie przez piłkarzy taktyki w przerwie meczu z Grecją. Albo słowa Kuby Błaszczykowskiego, który po bramce strzelonej Rosji, podbiega do selekcjonera i wykrzykuje mu prosto w twarz:
–Tylko nic ku**a nie zmieniaj!
To z jednej strony pokazuje, że autorytet selekcjonera w kadrze na Euro 2012 nie istniał, z drugiej zaś, jak bardzo Franz uzależniony był od piłkarzy.
Smuda na własne życzenie stał się dla wielu ludzi synonimem klęski totalnej. Mając najlepszych piłkarzy od lat, nie potrafił wyjść z „grupy śmiechu” – jak pogardliwie nazywało ją wiele osób. Później nie był w stanie wyciągnąć z dna tabeli Regensburga. Teraz, z drużyną, w której swą pracę wykonuje profesjonalnie i sumiennie może trzech piłkarzy, ma odnieść sukces? „W polskiej lidze impossible is nothing” – skomentowała to koleżanka. Zgoda, wiele może się zdarzyć, każdy jest w stanie wygrać z każdym. Ciężko jednak na tym budować optymizm i nadzieję na lepsze chwile dla klubu.











