Wisła Kraków. Klub, który miał być polskim FC Porto lub Ajaksem Amsterdam. Miał dominować przez wiele lat, nie bacząc na rosnących w siłę rywali. Miał regularnie grać w europejskich pucharach i wystawiać polskiej piłce wizytówkę, na jaką zasługuje. Te marzenia można już zabić i zakopać, a później zaorać ziemię, w której zostały one zakopane.
Jeśli ktoś taki jak Michał Probierz nie potrafi ogarnąć bałaganu, jaki panuje w Krakowie, to nie zrobi tego ani Franciszek Smuda, ani Jose Mourinho, ani nawet Matka Teresa z Kalkuty. Probierz to trener bezkompromisowy, mający silną rękę, potrafiący wycisnąć z przeciętnych piłkarzy nieco więcej, niż sam zawodnik by przypuszczał. Mimo to nie udało się, Wisła zanotowała fatalny początek sezonu, gra słabo, wręcz tragicznie słabo. W meczu z Piastem wyglądała, jakby została publicznie zgwałcona, zresztą takie wrażenie sprawiali także piłkarze w pomeczowych wypowiedziach. Szkoleniowiec nie mógł się z tym pogodzić, więc po prostu się poddał, choć wydawałoby się, że nie jest człowiekiem, który się poddaje.
Dlaczego Probierz się poddał? Bo wyniki. Tak, to jasne, ale dlaczego Wisła miała takie, a nie inne wyniki. To temat-rzeka, prawie tak długa jak sama Wisła. Tyle miejsca nie mamy, więc w dużym skrócie:

Kraków stał się dziwnym miejscem, gdzie zatrudnienie mogą znaleźć najemnicy z różnych części świata. Próbowano już wielu wariantów z tabunami obcokrajowców, a najbardziej sławna była opcja holenderska. Obecnie w klubie jest jakiś dziwny zlepek nie bardzo rozumiejących się ze sobą indywidualności. Jak z czegoś takiego zbudować drużynę, jak taki twór zmotywować, jak wykrzesać z niego maksimum ambicji i determinacji?
Zresztą o czym my mówimy, skoro klub się nie wzmacnia. Mówi się głośno o wielkich ambicjach Wisły, jednak po odejściu Małeckiego, Kirma i Bitona nie sprowadzono równie wartościowych piłkarzy o ofensywnym usposobieniu.
A co jeśli zawodnikom nie jest po drodze z wymagającym trenerem? Takie sygnały raczej nie przeciekały do mediów, ale być może mający uwite ciepłe gniazdko piłkarze niechętnie przemęczają się na treningach. Być może. Taki przykład Wisła już przerabiała za czasów Dana Petrescu, który w Krakowie wykonał kawał dobrej roboty, a dostał za nią jedynie soczystego kopa w tyłek od piłkarzy. Probierz kopać się nie dał. Odszedł sam, z własnej, nieprzymuszonej woli.
Wisła potrzebuje rewolucji. Nie przemeblowania, nie wymiany krwi, ale prawdziwej rewolucji. Może nawet kataklizmu, po którym nic nie zostanie i wszystko trzeba będzie budować od nowa, oczywiście na zdrowych zasadach. Takiego kataklizmu raczej nie będzie, bo znani szkoleniowcy raczej postawią na piłkarzy doświadczonych i sprawdzonych, choć niekoniecznie sprawdzających się. Ktoś, kto żyje futbolem, zna krakowskie środowisko, chce pomóc Wiśle i posiada odrobinę mózgu, zaoferowałby stanowisko szkoleniowca Kazimierzowi Moskalowi. Najpewniej będzie jednak zupełnie inaczej. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że Franciszek Smuda za pomocą swojej czarodziejskie różdżki znów będzie usiłował zawrócić nurt Wisły. Będzie więc, jak było, czasem trochę wesoło, często śmiesznie, rzadziej poważnie. A jak zrobi się poważnie, to trener wyleci i obłędne koło zapętli się na nowo.











