Siedem. Tyle punktów przewagi nad drugim w tabeli Lechem przed derbami Polski ma stołeczna Legia. A sytuacja mogła być z goła inna, gdyby „Legioniści” nie wygrali szarpanino-kopaniny z Piastem Gliwice. Mówią, że tytuł rodzi się w bólach, że rodzi się nie w pięknych, oszałamiających widowiskach, a właśnie meczach jak ten z „Piastunkami”, gdzie trzeba odłożyć na bok myśli o finezyjnym rozgrywaniu akcji, a pchać byle jak i byle czym, oby do przodu. O mistrzostwo po podzieleniu punktów powalczyć może teoretycznie jeszcze nawet Pogoń, lecz to podopieczni Berga są w najbardziej komfortowej sytuacji.
Kamil Wilczek – jeden zero. Kiedy w 10. minucie padła bramka dla Piasta, pomyślałem sobie, że ten gol może być zwiastunem tego, żże w naszej lidze mogą być jeszcze emocje. Później Legia, z pomocą szczęścia, zdołała wyrównać i wygrać mecz, o którym na pewno chcieliby zapomnieć wszyscy. Nawet zawsze zainteresowani sytuacjami pomeczowymi i tym co dzieje się w ekipie ze stolicy, dziennikarze na konferencji po meczu z drużyną z Okrzei nie mieli pytań, bo o co pyta,ć jak ktoś ledwie, bo ledwie, ale toczy się po mistrzostwo. Legia jedzie po mistrza jak low-rider, powoli, migocząc bogactwem składu, lecz ze świadomością, że reszta, jak już zaczyna nabierać rozpędu i doganiać wypasioną furę, to nagle łapie gumę i musi czekać do następnego pit stopu.
Taka sytuacja miała miejsce w tej kolejce z Wisłą Kraków. Remis z liderem na Łazienkowskiej wszyscy odebrali jako wyraźny sygnał, że porażka z Ruchem to chwilowe zawahanie formy, a krakowianie do końca będą czyhać na wpadkę Legii, wygrywając mecz za meczem. No i jakby w pomocy do realizacji tego planu na Reymonta przyjechał Zawisza, bądź co bądź beniaminek, który w tym sezonie tylko dwukrotnie (do meczu z Wisłą) wygrywał na wyjazdach. Podopieczni Smudy przeważali, tworzyli akcję, jak na naszą ligę imponujące, aż wszedł Kadu i już nie było „radu”, jak w jednej z nielicznych kontr klub z Bydgoszczy ulokował futbolówkę w siatce, po bramce debiutującego w czarno-niebieskich barwach piłkarza. Wszyscy zawodnicy spod Wawelu jednogłośnie zawołali „zabrakło skuteczności!” No ale panowie! Jeżeli chce się myśleć o „pudle”, to takie spotkania trzeba po prostu wygrywać.
Szymon Pawłowski. Piłkarz o ogromnym potencjale, złośliwie określany jako gracz jednego klubu, po tym jak po transferze z Lubina zagościł na Bułgarską i nie mógł odnaleźć odpowiedniej dyspozycji przez długi, długi czas. A tu przyszedł moment końcówki sezonu, trzy kolejki przed decydującą fazą, a pan Pawłowski, proszę! Bramka, szaleńcze ataki skrzydłem, dobre podania, szybkość. Po prostu „International level”. To właśnie dzięki jego dobrej grze i Bogu, który raz po raz wybaczał błędy Wołąkiewicza, godząc gdzieś piorunem niezdarności w podopiecznych Probierza, „Kolejorz” wygrał 2:1 na Bułgarskiej i wskoczył na fotel wicelidera! A Lechia? Miała swoje okazje, ale nie potrafiła ich wykorzystać.
Najciekawszy mecz tej kolejki. Mecz, który zgodnie z naszym cyklem „Barwy Ekstraklasy”, był po prostu najbarwniejszy. Po pierwsze dlatego, że mierzyły się ze sobą drużyny walczące w tym sezonie o najwyższe cele. Po drugie padały w nim fantastyczne bramki, a po trzecie? Marcin „Bomba” Robak znów trafił i coraz śmielej pędzi po polskie „Pichichi”. „Portowcy” wygrali 3:1 po bramkach Dąbrowskiego, Akahoshiego i wspomnianego Robaka. Ruch zdołał odpowiedzieć jedynie trafieniem z rzutu karnego Starzyńskiego. Podopieczni Kociana podobnie jak Wisła najpierw rozpalają fenomenalną serią marzenia swoich fanów, aby potem w dwa spotkania spisać szansę dobicia do Legii na straty.










