Czy mając największy budżet w Polsce, najszerszą kadrę i ogromne możliwości, można wciąż się kompromitować? Można. Legia Warszawa nie tylko raz za razem zaspokaja (punktami) inne kluby w Lidze Europy, ale ostatnio nie była w stanie sprostać beniaminkowi, bydgoskiemu Zawiszy.
Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że styl, w jakim „Wojskowi” przegrali w ostatniej kolejce najzwyczajniej w świecie nie przystoi mistrzowi Polski. Ba! Nie przystoi nawet jakiemukolwiek zespołowi ekstraklasy. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że piłkarze, razem z trenerem, uparcie twierdzą, że byli lepsi. Pytanie w czym?

Legia rzeczywiście od roku była najlepsza w Polsce. Był „international level” w reklamie, promocji, marketingu, w pompowaniu balonika w mediach. Prezes Leśnodorski uchodził za czarodzieja, który w krótkim czasie obiecywał zbudować klasową, europejską drużynę. W istocie rzeczy okazał się nie czarodziejem, a iluzjonistą, który – niczym David Coperfield – nabrał ludzi, że pociąg zniknie.
Wielu kibiców uległo złudzeniu, że właśnie w tym roku, polski klub awansuje do Ligi Mistrzów. Z wirtuozami futbolu, pokroju Wawrzyniaka, czy Dwaliszwiliego, Warszawa miała zaistnieć w Europie (dla porównania w Szachtarze Donieck zawodnik za 25 milionów € siedzi na ławce rezerwowych). Ludzie jednak uwierzyli, bo jak mawiał klasyk: „głupi lud to kupi”.
Urban, niedawny bohater mediów, kreowany przez niektórych – nazwijmy ich subtelnymi intelektualistami – na przyszłego selekcjonera reprezentacji absurdu, chyba zupełnie się pogubił. Nie widzę od dłuższego czasu w grze Legii powtarzalności akcji, wypracowanych schematów ataku pozycyjnego. Nie widzę też stylu. To wszystko ustąpiło miejsca improwizacji.
Szkoleniowiec warszawian nie reaguje na ławce już tak żywiołowo jak kiedyś, traci pomysł na tę drużynę. A piłkarze? Ich motywacja znikła z chwilą przegranej gierki treningowej o Ligę Mistrzów. Mieli szansę być kimś, odnieść wymierny sukces. Tymczasem przyjdzie im walczyć w polskiej, śmiesznej lidze, w której sukces nic nie znaczy. Na dodatek, o triumf w niej też może być bardzo ciężko.
Dlaczego w aspekcie piłkarskim Polskość, znaczy małość?
Legia męczyła się już z mistrzem Walii. Później nie była w stanie pokonać Molde. W starciu z Rumunami, szansę na Ligę Mistrzów, zaprzepaściła w klika minut. Co twierdzili piłkarze i trener?
– Byliśmy lepsi.
Później „Wojskowi” kompromitowali się w Lidze Europy (bilans po trzech meczach – zero punktów i zero bramek). Co usłyszeliśmy?
– Powinniśmy wygrać, stworzyliśmy więcej sytuacji.
Następnie przyszła porażka z Wisłą i Jakub Rzeźniczak twierdził, że wcale nie byli gorsi. Że przegrali niezasłużenie.











