Nie było rozpaczy i zgrzytania zębów, nie było łez i szlochania po dokonanym fakcie. Adrenalina podskoczyła tak wysoko, że następnego dnia trzeba było kupić do domu nowe drzwi… Tak się czułem jako kibic Górnika po spadku mojej ulubionej drużyny z ekstraklasy dwa i pół roku temu. Ci, którzy doskonale znają to uczucie, wiedzą, że strach przed ponownym przeżyciem takich emocji jest paraliżujący.
Kibice Górnika są bardzo dumni. W końcu obdarzyli miłością najbardziej utytułowany klub w Polsce. Czternaście tytułów mistrza Polski, sześć zwycięstw w rozgrywkach Pucharu Polski, Puchar Ligi, finał Pucharu Zdobywców Pucharów to sukcesy, jakimi nie może się pochwalić żaden inny klub między Odrą a Bugiem. Takie nazwiska jak Włodzimierz Lubański, Ernest Pol, Zygfryd Szołtysik, czy też mniej znani kibicom w kraju, ale doskonale pamiętani przez sympatyków Górnika Alfred Olek, Marek Piotrowicz czy Jan Bolesław Niesyto budzą w fanach zabrzańskiej ekipy poczucie dumy. Wychowani na wspaniałych bojach z Manchesterem City, Romą, Realem Madryt, na meczach derbowych z Ruchem Chorzów czy ligowych klasykach z Legią Warszawa wymagają więcej od swoich pupili niż większość piłkarskich fanów w naszym kraju. Niestety, dziś kibice spod znaku niebiesko-czerwonej szachownicy muszą uzbroić się w cierpliwość i pożerając hurtowe ilości środków uspokajających, modlić się o przetrwanie i zachowanie bytu w T-Mobile Ekstraklasie.

Kilka lat temu klub sięgnął dna. Sytuacja finansowa była tak tragiczna, że Górnik niemalże przestał istnieć. Potem przyszedł Allianz i wszystko znów było pięknie. Nadszedł Henryk Kasperczak, a za nimi takie gwiazdy jak Strąk czy Gorawski, którzy razem z ambitnym Robertem Szczotem pustoszyli klubowy budżet. Szokujący spadek początkowo wydał się nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności i chwilowym zboczeniem z drogi do lepszych czasów. Minął rok od powrotu do elity i wszystko wskazuje na to, że lepsze czasy są jeszcze dalej niż podczas pierwszoligowej kwarantanny.
Pierwszym sygnałem, że Górnik znów obrał kierunek na cmentarz, było odejście Tomasza Wałdocha. Wielokrotny reprezentant Polski zrobił dla klubu wiele dobrego, za jego czasów wizerunek klubu był na wysokim poziomie, były ciekawe transfery, nie było natomiast pochopnych ruchów personalnych i co najważniejsze, nie było kolejnych Strąków i Gorawskich (z całym szacunkiem do tych piłkarzy, bo w swojej karierze mieli też wiele dobrych chwil, jednak w Górniku była chyba tylko jedna – odejście). Pożegnanie Wałdocha ze stadionem przy ulicy Roosevelta było dowodem trudnej sytuacji klubu. Tomek radził sobie doskonale, ale nie mając odpowiednich warunków, nie mógł zbudować niczego, co miałoby konstrukcję na miarę jego ambicji i oczekiwań fanów.













