Miał być hit i hit był. Przynajmniej w pierwszej połowie, kiedy Borussia skutecznie stawiała opór Bayernowi. Po przerwie na boisko istniał już tylko jeden zespół i to on zupełnie zasłużenie zwyciężył.Jednocześnie mieliśmy do czynienia ze spotkaniem, po którym padać będzie pytanie „co by było gdyby…?”. W tym wypadku chodzi oczywiście o wymuszoną zmianę w ekipie z Dortmundu. W przerwie Matsa Hummelsa zmienił Neven Subotić, który zaliczył dwie asysty przy bramkach Bayernu. Najpierw nieudanie przeciął prostopadłe podanie do Götzego i wyłożył piłkę Lewandowskiemu, a potem dał podstawy sędziemu do odgwizdania rzutu karnego za starcie z Riberym. Do tego Borussii w tym momencie ubył jeden wariant rozegrania akcji od tyłu i nie udawało się już tak długo przetrzymywać piłki, jak w pierwszej połowie. Nie można oczywiście za zły wynik obwiniać wyłącznie serbskiego stopera, ale jego dwie pechowe interwencje na pewno w dużym stopniu zaważyły na ostatecznym rezultacie.
Jednak niewykluczone, że Bayern tak czy inaczej dziś by zwyciężył. W drugich 45 minutach był zdecydowanie lepszy, tworzył sytuację za sytuacją, zamykał rywali na ich połowę i świetnie neutralizował jakiekolwiek zagrożenie dla siebie już w zarodku. Lahm i Alonso zdołali opanować środek pola, wprowadzony Ribery zaczął robić sporo wiatru na skrzydle, a obrona BVB zaczęła popełniać błędy. Pierwszym było na pewno głębokie cofnięcie się. Poskutkowało to utratą sił, co było widoczne w końcówce. Do tego zbyt łatwo poszczególni piłkarze Bayernu znajdowali wolne strefy w obronie podopiecznych Kloppa. Prędzej czy później przyniosłoby im to bramki.
Co innego pierwsza połowa, w której to Borussia postawiła się monachijczykom. Choć i tak w przypadku utrzymania się rezultatu 0:1 bohaterem Dortmundu zostałby Weidenfeller, który zdawał się odrabiać wszystkie winy z bieżącego sezonu. Bronił niesamowicie, fenomenalnie, czasem szczęśliwie. Ściągał do siebie piłki niczym magnes i pewnie gdyby Subotić nie zmylił go swoją interwencją zachowałby czyste konto jeszcze dłużej. Wydatnie pomagali mu w tym środkowi obrońcy oraz wszechobecny Bender. Najlepszym piłkarzem Borussii był jednak Kagawa, który świetnie operował między liniami i zarządzał całą grą ofensywną swojego zespołu. To on rozpoczął książkową kontrę BVB, która zakończyła się golem. Oczywiście błąd popełnił Benatia, który po zgubieniu Reusa jeszcze nieszczęśliwie odbił piłkę po jego strzale tak, że Neuer nie miał żadnych szans na interwencje. Jednak trzeba powiedzieć, że momentami oglądaliśmy tę Borussię, która zachwycała dwa lata temu. Może poza pressingiem, który nie był tak intensywny jak chociażby w Superpucharze Niemiec. Duży udział miał w tym przede wszystkim wspomniany już japoński pomocnik. Niestety, jeśli ma się obok siebie tak nieudanie wydane ponad 20 milionów euro jak Mchitarjan, to ciężko jest wypracować przewagę nad tak klasowym rywalem.
Bayern z kolei udowodnił swoją wielkość. Cierpliwie dążył do swojego celu, wykorzystał dwa błędy rywala, a potem dowiózł korzystny rezultat do końca. Choć z irytującym Robbenem, długimi fragmentami niewidocznym Lewandowskim, bardzo przeciętnym Alonso i słabym Götzem, to jednak wygrał. A to najlepiej obrazuje, jak bardzo jest mocny. Pomimo tego Wolfsburg i M’Gladbach/Hoffenheim (jeśli ktoś z tej dwójki wygra jutro) nadal tracą do lidera „tylko” cztery punkty. Wszyscy liczyli na pościg BVB za Bayernem. Zwycięstwo podopiecznych Kloppa byłby niespodzianką. Zwycięstwo innej ekipy niż wymieniona dwójka byłoby już sensacją. Ale na razie to rozważania zupełnie oderwane od rzeczywistości. Najpierw niech ktoś ten Bayern pokona. Jeśli to w ogóle możliwe.









