Podczas gdy Real i Barcelona borykają się z różnego rodzaju problemami, Atletico bez echa wygrało już piąty mecz z rzędu w lidze i zrównało się punktami z liderem. Na odwiecznej walce kolosów może tylko skorzystać, jak w 2014 roku, kiedy sensacyjnie wygrało rozgrywki na krajowym podwórku. Czy możemy po raz drugi spodziewać się nieoczekiwanego?
35 punktów po 15 spotkaniach – taki dorobek „Los Colchoneros” stawia ich w sytuacji, gdzie tylko różnica bramek zabiera im pierwszą lokatę. Dokładnie tyle samo oczek, przy takiej samej liczbie wygranych i przegranych, zanotowała Barcelona. Real Madryt jest pięć punktów za dwoma największymi rywalami. Dlaczego zatem, w kontekście mistrzostwa kraju, po raz kolejny mówi się wyłącznie o dwóch potentatach europejskiego futbolu? Atletico nie jest przecież zespołem anonimowym i nie odzwierciedla pozycji Leicester City w Premier League. O ile ten ostatni klub w dalszym ciągu nie jest postrzegany jako poważny kandydat do tryumfów, o tyle drużyna ze stolicy Hiszpanii nie musi już udowadniać swojej wartości.

I po raz kolejny taka otoczka zmagań na ligowej arenie może piłkarzom Atletico wyjść tylko na dobre. Mistrzostwo w sezonie 2013/2014 zdobywali, kiedy nikt nie postrzegał poważnie złamania wieloletniej hegemonii gigantów. A Diego Simeone i jego podopieczni cierpliwie robili to, co do nich należało, czyli najzwyczajniej w świecie wygrywali mecze jeden po drugim. Wracając do teraźniejszości: ostatnią porażkę w Primiera Division zanotowali pod koniec września, kiedy minimalnie przegrali z Villarrealem. Od tego czasu zremisowali dwa i wygrali aż siedem meczów. W pięciu ostatnich spotkaniach (z każdego wychodzili zwycięsko) stracili zaledwie jedną bramkę. Czy to wystarczy, aby ponownie upatrywać w nich rywala równego duetowi Real – Barcelona?
Realu i „Barcy” problemy
Pierwszym (choć mniej ważnym) z dwóch ogólnych czynników, które pozwalają bać się Atletico, są ich rywale. A dokładniej mówiąc ich problemy.
Poczynając od sąsiadów zza miedzy: „Królewscy” w obecnym sezonie mają więcej kłopotów niż powodów do śmiechu. Pierwszym z nich jest Rafa Benitez, który próbuje ścigać się z własnym cieniem sprzed ponad dekady. Niestety, wielu kibiców „Los Blancos” zarówno przed przyjściem szkoleniowca do drużyny, jak i w trakcie jego pracy mówi, że ów cień już dawno Hiszpanowi uciekł i nie sposób go złapać. Real gra w tym sezonie w kratkę, podopieczni Beniteza potrafią wygrać 8:0 z Malmoe, aby pięć dni później w bez zaangażowania przegrać z Villarrealem. Styl również pozostawia wiele do życzenia – patrząc na grę Ronaldo i spółki można odnieść wrażenie, że gracze nie chcą się za bardzo poświęcać, nie wiadomo tylko, czy chodzi o trenera, czy też o wewnętrzne podziały w drużynie.














