Schematycznie grająca Anglia co prawda planowo pokonała San Marino 5:0, ale styl pozostawiał wiele do życzenia. Bohaterem spotkania był duet napastników Manchesteru United: Rooney oraz Welbeck. Jedno trafienie dorzucił także Chamberlain.

Przed starciem na Wembley San Marino wygrało tylko jeden mecz w historii swoich występów na międzynarodowej arenie – w kwietniu 2004 roku „ograło” Liechtenstein 1:0 – i nic nie wskazywało na to, aby mogło ten dorobek polepszyć w stolicy Anglii. Praktycznie komplet widzów wypełnił Wembley w piątkowy wieczór i trudno wyobrazić sobie drugi taki kraj na świecie, gdzie blisko 90 tysięcy osób przyszłoby oglądać swoją reprezentację w pojedynku z najsłabszym zespołem w Europie, a może nawet i na świecie. Hodgson zapowiadał, że w ramach podziękowań za wsparcie jego zespół strzeli wiele goli, ale trudno też w takim spotkaniu obiecywać cokolwiek innego. I choć mogło się wydawać, że w meczu z tak słabym przeciwnikiem gospodarze nie mają nic do stracenia, już w 4. minucie kontuzji doznał Theo Walcott. Skrzydłowy Arsenalu wybiegał do piłki, ale został staranowany przez zdecydowanie interweniującego bramkarza Aldo Simonciniego – na co dzień księgowego. W 15. minucie pierwszy kontakt z piłką miał Joe Hart – co zostało przywitane gromkimi brawami przez angielski tłum i świadczyło i sielankowej atmosferze wokół tego spotkania.
Ataki Anglii były jednak schematyczne, opierały się na szybkim rozciągnięciu gry skrzydłami. Przy braku jakiejkolwiek penetracji obrońcy San Marino wiedzieli, na co mają być przygotowani. Gol dla gospodarzy był oczywiście kwestią czasu, ale forma, jaką wybrali, aby to osiągnąć, pozostawiała wiele do życzenia. Pierwsza kuriozalnie groźna sytuacja miała miejsce po przypadkowym zagraniu piłkarza z San Marino do własnego bramkarza z… 30 metrów w 26. minucie, kiedy golkiper gość zatrzymał futbolówkę dopiero na linii bramkowej. Kiedy w 32. minucie Rooney nie wykorzystał głową 200% szansy z dwóch metrów po dośrodkowaniu Walkera, a chwilę później strzały odpowiednio Carricka i Welbecka lądowały na poprzeczce i słupku, wydawało się, że to będzie jeden z tych meczów, kiedy nic nie wchodzi. Ale przełamanie nadeszło już chwilę później, kiedy Danny Welbeck wpadł w pole karne i przy minimalnym, ale jednak, kontakcie z bramkarzem, padł na murawę, a sędzia podyktował „jedenastkę”. Pewnie do niej podszedł Rooney, pełniący obowiązki kapitana, i zamienił na otwierającą bramkę. W 37. minucie Welbeck sam podwyższył wynik meczu po piłce zgranej z prawego skrzydła przez Lennona. Napastnik Manchesteru United pięknie zawinął futbolówkę piętką i umieścił w siatce gości.











