Angielski tydzień XI


Koniec ligowego sezonu w Anglii to dzień wyjątkowy. Także w iGolu nie możemy sobie pozwolić na ignorowanie tak ważnych wydarzeń, jak koronacja nowego mistrza czy podsumowanie wydarzeń na innych stadionach. Nie zabraknie także próby złożenia tego wspaniałego sezonu w jedną, sensowną całość.


Udostępnij na Udostępnij na

Ta ostatnia niedziela…

Niespodzianki nie było, bo być nie mogło. Na Stamford Bridge Chelsea rozgromiła, zniszczyła, zdeptała i obróciła w proch Wigan aż ośmioma bramkami. Już po siedmiu minutach co pewniejsi kibice zespołu z Londynu mogli odprężyć się dzięki trafieniu Anelki, a jeszcze przed przerwą swojego gola z karnego dołożył Lampard. Po przerwie strzelecki festiwal trwał w najlepsze: Drogba trzykrotnie, Anelka, Ashley Cole i Kalou po razie pokonali biednego Michaela Pollitta. Na Old Trafford kibiców United irytowali fani Stoke aż ośmiokrotnie, nieprzypadkowo, ponieważ po każdym golu Chelsea skandowali nazwę tego klubu. Manchester zdołał na ich śpiewy odpowiedzieć cztery razy, ale ani razu nie zrobił tego Wayne Rooney przez co przegrał wyścig z Drogbą o koronę króla strzelców Premier League. Na dodatek sezon zakończył z kontuzją…

Fulham chciało przenieść swój mecz na sobotę, by mieć trzy dni spokoju przed finałem Ligi Europy, ale zarząd Premiership nie chciał słyszeć o takim rozwiązaniu. Roy Hodgson wystawił więc rezerwy na spotkanie z Arsenalem, a efektem były cztery bramki „Kanonierów”. Całkiem efektowne zresztą. Tottenham liczył, że na The Emirates zwyciężą goście i przy swojej wygranej „Koguty” zakończą sezon na pudle. Na przeszkodzie oprócz Arsenalu stanęło dzielne Burnley, które mimo czasowego przegrywania dwiema bramkami, strzeliło aż cztery i odprawiło Tottenham do Londynu z wściekłym Redknappem na czele. Zaskakująco słabo swój sezon zakończył Liverpool, który nie dość, że w miernym stylu zremisował z Hull, to jeszcze musi świecić oczami za swojego kapitana. Steven Gerrard, otoczony przez kibiców po ostatnim gwizdku, wściekle odepchnął jednego natrętnego nastolatka i widać, że nie był daleki od rękoczynów. Wstyd, kapitanie.

Równie źle zakończyła sezon Aston Villa, która uległa na własnym stadionie Blackburn, o którym mówi się tylko i wyłącznie jako o średniaku. Cóż, ci „średniacy” wskoczyli na dziesiąte miejsce i zasługują chyba na uznanie, prawda? Birmingham przegrało z Boltonem, ale dwaj menedżerowie tych klubów będą zadowoleni z rezultatów, jakie osiągnęły ich zespoły w tym sezonie. Fatalnie rozgrywki skończył Steve Bruce i jego Sunderland, ulegając Wolverhampton, a ten szkoleniowiec już zapowiedział, że wyciągnie konsekwencje za wakacyjną formę paru piłkarzy. Manchester City po środowej traumie był w stanie tylko zremisować z uratowanym przed spadkiem West Hamem. Znów dobre spotkanie rozegrał Adam Johnson, którego coraz więcej osób widzi w kadrze na mistrzostwa świata. To, że ten sezon był wyjątkowy i skończył się pięknie, podkreśla… ostatnia bramka, która padła w Premier League. Na Goodison Park w 94. minucie swoją lewą nogą postanowił postraszyć Portsmouth Bilialietdinow, a jego uderzenie idealnie zakręciło się w okienko bramki gości. Na dziesięciu stadionach sędziowie zagwizdali po raz ostatni i można rozpocząć wielką dyskusję o zakończonym sezonie…

Drużyna po drużynie

Nie chcę nikogo pominąć, więc podsumowanie zaczynamy od dna tabeli. Portsmouth leci z ligi, przyszłość klubu jest nieznana, ale kibice wolą myśleć o finale Pucharu Anglii, który będzie już w niedzielę. Walczyli, ile mogli, ale przegrali w zasadzie sami z własnymi zarządcami… Na Fratton Park w tym sezonie częściej myślano o pieniądzach niż futbolu i to jest po prostu przykre. Hull City jest samo sobie winne. „Tygrysy” niepotrzebnie zwolniły Phila Browna, a Phil Dowd nie miał pojęcia, jak ratować zespół przed spadkiem. Na pewno bez bramkostrzelnego napastnika to zadanie miał jeszcze trudniejsze. Burnley pokazało charakter beniaminka zaledwie kilka razy, choćby pokonując MU. Szkoda, że choć woli nie brakowało, to już piłkarskiej klasy tak i wspaniała kibicowska brać po rocznym śnie w Premier League wraca do rzeczywistości w Championship.

West Ham uratował się przed spadkiem, ale beznadzieja już mocno zaglądała w oczy kibicom „Młotów”. Tylko zmiana właścicieli uratowała klub z Londynu, jednak nie pomoże chyba Zoli, który ponoć ma zrezygnować z dalszej pracy na Upton Park. Wigan pokazało zęba kilka razy, ale co z tego, skoro częściej obrywało kilkoma bramkami? Nie wierzę, że zespół, który poległ ośmioma i dziewięcioma trafieniami, wciąż jest w tej lidze. Roberto Martinez pewnie też marzy o większej stabilności na DW Stadium. Wolverhampton to zaskoczenie. Bez napastnika, bez lidera, bez nazwisk… a w lidze utrzymał się dość komfortowo. Kibice „Wilków” mają więc powody do radości i nadzieję, że w następnym sezonie tę sztukę uda się im powtórzyć. Bolton fatalnie zaczął, ale mądrze skradł Burnley Owena Coyle’a i rozpoczął mozolną drogę w górę tabeli. W międzyczasie zmienił styl gry z topornego na swobodny, a lidze przedstawił kilku ciekawych graczy, niekoniecznie do nich należących. Sunderland miał być tym zespołem, który wkradłby się cudem do europejskich pucharów. Ktoś jednak na Stadionie Światła zapomniał, że trzeba rozegrać dwie równe rundy, a nie tylko jedną. Sam Darren Bent nie był w stanie wyciągnąć go powyżej ligowej szarzyzny. A szkoda.

Z kolei Roy Hodgson ma wiele słusznych wytłumaczeń niskiej pozycji Fulham w tym sezonie. Wystarczy, że powie Liga Europy i już salony padają na kolana przed angielskim szkoleniowcem. Bobby Zamora zaskoczył wszystkich z Fabio Capello włącznie, ale już za rok kibice będą oczekiwali więcej radości przy okazji ligowych spotkań. Choćby takich jak zwycięstwa z Liverpoolem czy ManUnited. O Stoke najwięcej mogą powiedzieć nam ramiona Rory Delapa, który dzielnie biegał do każdego autu tej drużyny. Doszło nawet do tego, że w jednym meczu miał więcej kontaktów z piłką właśnie poprzez wyrzuty zza linii bocznych niż kopiąc ją jak FIFA nakazała – nogą. Szkoda tylko, że dobry wynik solidnego zespołu Stoke przyćmiły problemy z jednością drużyny Tony’ego Pullisa. Bez kilku rozstań się nie obejdzie. I wreszcie Blackburn, dziesiąte miejsce w tabeli. Niesamowicie trudne do pokonania u siebie, ale na wyjazdach przebić się przez jego defensywę było już łatwiej. Najwięcej problemów miał jednak Sam Allardyce z własnym zdrowiem. Dlatego cieszy widok jego osoby znów szalejącej przy linii bocznej. Z umiarem oczywiście, bo jego żona by mu nie wybaczyła takiego narażania do niedawna chorego serca.

Birmingham to gang młodych i głodnych sukcesów połączonych w jednej szatni z tymi, którzy już wiedzą, czym jest codzienny chleb wypiekany przez Premier League. Ta mieszanka nie była wybuchowa, a jeśli już, to co najwyżej na St. Andrews wybuchała radość. Kto wie, czy nie największym sukcesem ekipy McLeisha było zatrzymanie ofensywy Chelsea w jedynym bezbramkowym meczu ekipy z Londynu. Everton fatalnie zaczął, ale David Moyes pokazał nam swoją trenerską klasę. Wyciągnął zespół z marazmu, w jakim się znalazł po stracie Lescotta, dodał jakości tymczasowej (Donovan), wrzucił do kotła trochę młodości (Rodwell) i prawie wyprzedził na koniec sezonu lokalnych rywali, Liverpool. Właśnie, Liverpool. Wiecie, że on dziennie traci około 100 tysięcy funtów? Zasłużony klub powoli staje się coraz bardziej zadłużony. Także wyniki sportowe dostosowały się do tych finansowych, a Rafa Benitez już chyba niczego w życiu nie zagwarantuje. Nawet opadów deszczu w mieście Beatlesów. Aston Villa grała momentami fajny, atrakcyjny futbol, ale ograniczenia narzucone przez dość wąską kadrę spowodowały, że miejsce w czołowej czwórce było niestety zadaniem ponad ich siły. Do tego należy dołożyć niejasny konflikt Martina O’Neilla z właścicielami, by zobaczyć, że lato oraz czas na pewne przemyślenia na Villa Park przyjmują z ulgą.

Czołową piątkę otwiera Manchester City. Kto wie, gdzie teraz byliby „Citizens”, gdyby nie zmiana menedżera w środku sezonu? Mark Hughes przecież radził sobie całkiem nieźle, unikał konfliktów w drużynie, jego zespół prezentował się nie mniej atrakcyjnie niż za obecnych rządów Manciniego. Włoch już ponoć ma problemy z narzekającym Tevezem, a co bez Argentyńczyka oznacza MC, wie każdy kibic tego klubu. Wielką Czwórkę rozwalił w tym sezonie Tottenham, ale trzeba przyznać, że, oprócz momentów wybitnych, miał kilka wpadek. Na szczęście dla kibiców „Kogutów”, nie miały one wpływu na ich awans do Ligi Mistrzów, a szukając ich mocnych stron, trzeba wyróżnić… brak tych słabych. Każda pozycja mocno obsadzona, są liderzy i pracusie oraz mądry trener za sterami. Czas więc na kolejny krok. Trzecie miejsce zajął Arsenal, ale bez Fabregasa i Robina van Persiego „Kanonierzy” nie weszliby tak wysoko. Arsene Wenger niby zdaje sobie sprawę z braków swojego zespołu, ale nie chce słyszeć o zakupie nowego bramkarza. Co przy dobrze udokumentowanych błędach Almunii i Fabiańskiego jest dość dziwne. Lato powinno być na Emirates gorące.

Brawa dla Manchesteru United. On przed sezonem stracił najwięcej, Ronaldo i Teveza, a mimo to do ostatniego dnia toczył bitwę o mistrzostwo Anglii. Czasem za uszy zespół ciągnął Wayne Rooney, a czasem charyzma menedżera tego klubu, wybitnego Aleksa Fergusona. Mimo to nie można zafałszować obrazu, który wykreował nam tegoroczny wizerunek United. Potrzebne są zmiany, transfery, wzmocnienia i nowy styl, który choć trochę odciąży Rooneya. Ciekawe tylko, czy założenia Fergusona wciąż realizować będzie Berbatow? Bułgar zaliczył bardzo, bardzo przeciętny sezon jak na swoje możliwości i wielokrotnie marnował sytuacje, które wykorzystują nawet napastnicy z piwnymi brzuszkami w ósmej czy dziewiątej lidze…

Mistrzem, zasłużonym w każdym calu, została Chelsea. Najwięcej bramek, najlepsza ich różnica, najlepszy bilans z bezpośrednimi rywalami, najlepszy strzelec, najlepszy pomocnik, najwięcej czystych kont, no i najważniejsze, najwięcej punktów. To nowa Chelsea Carlo Ancelottiego, który gromi rywali, nie zna litości, prezentuje ofensywny i atrakcyjny futbol. Jasne, miała swoje wpadki, a tytuł przy całej sile i możliwościach powinna zagwarantować sobie znacznie wcześniej. Teraz jednak nikt mistrzów sądzić nie będzie – więcej mówi się o wymianie kadr, wprowadzeniu młokosów oraz ewentualnych wzmocnieniach pieniężnych. Kto widział, ten przyzna, że Roman Abramowicz po pogromie Wigan i przy wznoszeniu mistrzowskiego trofeum uśmiechał się bardzo szeroko. To dobrze wróży nie tylko dla kibiców Chelsea, ale przede wszystkim dla Carlo Ancelottiego.

Sezon

Był piękny. Narzekajcie, jeśli spadliście z ligi, narzekajcie, jeśli nie gracie w Europie, narzekajcie, że nie jesteście na podium, narzekajcie, że nie zdobyliście mistrza, ale przyznać musicie – Premier League wciąż jest na szczycie. Emocji nie zabrakło przez cały sezon, ani na moment się nie nudziliście, mieliśmy o czym gadać, bramki padały cudowne, a wyników przewidzieć się nie dało. Nad żadnym rezultatem tego sezonu ubolewać nie musimy, sędziowie spadku czy mistrzostwa nie wypaczyli, choć ich błędy także się zdarzały.

Od pogromu Evertonu, przez wstrząs na Turf Moor, tryumf Villi na Anfield Road, brzydki powrót United w meczu z Arsenalem, rajd przez całe boisko Adebayora, „Fergie time” w derby Manchesteru, tąpnięcie Chelsea na DW Stadium, popis Sunderlandu na Old Trafford, tryumf „The Blues” nad „The Reds”, dmuchaną piłkę rudego kibica Liverpoolu, powrót West Hamu w derby z Arsenalem, nadzieję Beniteza po zwycięstwie nad MU, klapę Wigan z Portsmouth, akcję Fabregasa, walkę Burnley z Tevezem i spółką, główkę Terry’ego w hicie ligi, dziewięć goli Tottenhamu, z czego pięć Defoe, ośmiobramkowy thriller na Upton Park, „cieszynkę” Bullarda, pojedynek dzieci i mężczyzn na Emirates, obronę karnego Lamparda przez Givena, zwycięstwo „Villans” z MU, stałe fragmenty gry Chelsea, wiktorię Granta nad Benitezem, popis Zamory i spółki, potrójną jedenastkę Lamparda, kolejne wybitne spotkania Rooneya…

Wybaczcie, a to dopiero połowa sezonu. Historii było wiele, każdy będzie pamiętał je i interpretował inaczej. Mimo że będzie co wspominać, a ja osobiście mam swoje powody do radości, to po ostatnim gwizdku w tym sezonie Premier League posmutniałem. Bo wyobraźcie sobie – trzy miesiące bez najlepszej ligi na świecie. Toż to największa z kar, jaka może spotkać kibica… Nie dajcie sobie wmówić czegoś innego, mistrzostwa świata to tylko osłodzenie tego poczucia goryczy. Byle do sierpnia!

Komentarze
~Jarperto (gość) - 14 lat temu

bardzo ładnie napisane Michale :)

Odpowiedz
~Słupek w moskwie (gość) - 14 lat temu

GW.. tyle na ten temat ;P ale szczerze mówiąc, z
roku na rok "takie felietony" wychodzą Ci bardziej
obiektywnie, bo te wypociny na ktbfffh z wyboldowanym
co 4 wyrazem trącą pretensjonalnym podejściem do
całej nieniebieskiej rzeczywstości..

Jedna uwaga, Birmingham miało naprawdę dobry sezon,
to była duża rewelacja, u Siebie wyczyniali cuda,
nie wspominając o tym, że przez pewien czas mieli
większe szanse na Ligę mistrzów niż Liverpool
xD

Za rok wam się nie damy.. Słupek w moskwie

Odpowiedz
Amadeusz Bielatowicz (gość) - 14 lat temu

Ja też już tęsknieee... Liga angielska to
najfantastyczniejsza liga na świecie, a w tym
sezonie jestem podwójnie szczęśliwy, gdyż moja
Chelsea ma szansę na podwójną koronę :) Co do
tekstów Michała, to są naprawdę dobre i liczę,
że w przyszłym sezonie też będzie się ich sporo
pojawiać.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze