Transfer Fernando Torresa do Chelsea przez cały czas uważany jest za największą wpadkę transferową całej ligi angielskiej. Właściciel „The Blues”, Roman Abramowicz, zapłacił za hiszpańskiego snajpera aż 50 milionów funtów.

Wczorajszy mecz ze Swansea był dla Torresa setnym występem w niebieskich barwach Chelsea. Kibice londyńskiego klubu liczyli na grad goli oraz wygraną swoich ulubieńców. Jak się jednak zakończył mecz na Stamford Bridge? Piłkarze Rafy Beniteza polegli na własnym obiekcie w pierwszym meczu półfinałowym w ramach Capital One Cup 0:2. Najgorszym zawodnikiem gospodarzy okazał się nie kto inny jak Fernando Torres. Hiszpan rozegrał 80 minut meczu i nie pokazał zupełnie nic. Statyczna gra, brak ruchu oraz szukania pozycji do oddania strzału, spowodowały, że osoby związane z angielskim futbolem wystosowały nawet nową umiejętność, którą posiada Fernando, brzmi ona: „Tylko Torres potrafi tak dobrze uciekać przed grą”. To chyba o czymś świadczy. Hiszpan dostał od Abramowicza wszystko, co mógłby sobie wymarzyć: najpierw Juana Matę, który miał być jego głównym asystentem, następnie Edena Hazarda oraz Oscara, którzy również mieli wprowadzić kreatywną grę i posyłać prostopadłe podania w stronę linii ataku. Na samym końcu Fernando Torres dostał Rafę Beniteza, czyli menedżera, za którego w Liverpoolu strzelał bramki jak na zawołanie. Jak widać wymienione czynniki na nic się zdały i snajper „The Blues” nadal pozostaje w swojej bardzo słabej formie.
Fernando Torres jest niczym jak niedźwiedź, który zapada w sen zimowy. Niestety. Niedźwiedź potrafi się obudzić, a „El Nino” już nie. Kiedy przychodzą momenty dobrej gry ze strony Hiszpana, wszyscy myślą: „W końcu! Wrócić nas ukochany Torres!”. Niestety, po trzech czy czterech spotkaniach sytuacja się powtarza i reprezentant „La Furia Roja” ponownie rozczarowuje nas swoją dyspozycją. Wydawać się może, że Rafa Benitez w końcu zauważył, że głównym problemem Chelsea jest właśnie niestabilny oraz jedyny napastnik. Wraz z rozpoczęciem styczniowego okienka transferowego tymczasowy szkoleniowiec „The Blues” sięgnął po sprawdzonego snajpera w Anglii, Dembę Ba. Senegalczyk od dwóch sezonów czaruje nas swoją nieprzeciętną grą oraz dużą ilością bramek. Swój debiutowy mecz w barwach Chelsea może zaliczyć do naprawdę udanych. Poprzez dwubramkową zdobycz zyskał sobie wielu zwolenników niemal od razu. Kiedy ogłoszone zostały podstawowe składy na mecz z klubem Swansea, duża liczba fanów „The Blues” zeszła prawie na zawał. Po tak dobrym pierwszym spotkaniu w nowym zespole Ba został posłany na ławkę rezerwowych. Jak wspominałem wcześniej, Fernando Torres rozegrał dokładnie 81 minut, po czym na placu gry pojawił się właśnie Demba Ba. Senegalczyk przez pozostały czas, jaki miał do dyspozycji, wypracował sobie dwie dobre okazję bramkowe oraz w doliczonym czasie gry zdobył gola, którego sędzia główny niestety nie uznał z powodu minimalnego spalonego. Czy spalony był? Niestety, nie mnie to osądzać.












