Na niecałe dwa tygodnie przed końcem sezonu już można śmiało twierdzić, że to podopieczni sir Aleksa Fergusona będą cieszyć się z kolejnego mistrzostwa Anglii. Korci, żeby napisać, iż w czołówce nic już się nie zmieni, ale mimo wszystko, to chyba jeszcze zbyt pochopne. Patrząc na wynik do przerwy w meczu Liverpool – Fulham i na ostatnią formę Tottenhamu, przypuszczam, że zmiana na 5. miejscu jest bardzo prawdopodobna. Co tam jednak czołówka, jak ciekawie jest na szarym końcu!
Sporo wydarzyło się od ostatniej „Angielskiej herbatki” na boiskach Premier League. Manchester City stanął przed szansą, żeby nadrobić trochę punktów i mieć perspektywę wskoczenia na 3. pozycję w tabeli. Everton jednak kolejny raz sprawił niespodziankę, w dodatku to już niepierwsze spotkanie, w którym „The Citizens” nie mogli przejść właśnie zawodników Davida Moyesa. W zeszłym sezonie również stwarzali oni problemy Manchesterowi. W ich przypadku 7. miejsce, bo prawdopodobnie takie zajmą, po przeciętnym starcie oceniłbym na bardzo udane.

Na czołówce będzie można się jednak skupić już po sezonie. Na mój gust, na dzisiaj zdecydowanie ciekawiej jest na dole tabeli. Proszę spojrzeć w kontekście okresu od sierpnia aż do teraz, jak wiele się tam zmieniało. Chyba tylko West Ham i Wigan grali na tyle „konsekwentnie”, żeby być na pole position do największych przegranych sezonu. Będę jednak pełen podziwu w związku z podopiecznymi McCarthy’ego, jeżeli zdołają się oni utrzymać w Premier League. Jeszcze niedawno grzali przecież niechlubną, 20. pozycję.
Szkoda mi Blackpool, po kapitalnym początku (a było to zwycięstwo 4:0 na wyjeździe z Wigan) liczyłem, że będzie czarnym koniem sezonu, a już na pewno utrzyma się w lidze. Tymczasem od jakiegoś czasu z każdą kolejką utrzymuje się tendencja spadkowa. Na razie wygląda na to, że do samego końca będzie drżeć o ligowy byt, choć emocje w ostatniej serii zapowiadają różnice w bilansie bramkowym. West Ham (-23), Wigan (-23), Blackpool (-22), Wolves (-21) – któraś z ekip ze strefy spadkowej na pewno może się jeszcze uratować.
Myślę, że wielu zgodzi się z tezą, iż „The Seasiders”, na czele z ich trenerem, urozmaicili ligę. Nie dość, że narobili kłopotów Tottenhamowi, który teraz będzie bardzo chciał trzech punktów w meczu z Manchesterem City, to zaskakiwali właściwie za każdym razem. Który beniaminek, no który, mógłby przecież grać tak jak reprezentacja Hiszpanii? Właśnie, to mniemanie Hollowaya o swoich podopiecznych, mentalność, która naprawdę pozwoliła uwierzyć jego zawodnikom w siebie – oprzeć się presji, skazaniu na pożarcie – to wszystko sprawiło, że Blackpool trzeba uznać za jeden z najbardziej pozytywnych akcentów w 19-letniej historii Premier League. Szkoda, gdyby na podobny trzeba było teraz czekać aż do kolejnego awansu popularnych „Mandarynek”. Na odwrócenie sytuacji Holloway ma dwie kolejki. Czy coś tu jeszcze ulegnie zmianie?











