Mało kto sądził, że Liverpool zdmuchnie odwiecznego rywala z boiska. Na Anfield w sumie doszło do sporej niespodzianki, bo kto przypuszczał, że rozstrzela się Kuyt, a United zgubi gdzieś po drodze cały swój kunszt, całą markę wykreowaną przez bieżący sezon. Wydawać się może, iż sezon zaczął się od początku. A do tego jeszcze ten Suarez, który oczarował cały stadion i obiektywnych sympatyków United.
Podopieczni Fergusona pewnie zmierzali po zwycięstwo w lidze. Zmierzali – teraz już muszą liczyć się z każdym punktem i obawiać się o swoją pozycję, bo bardzo blisko nich są pupile Wengera. Zresztą, gdyby nie zremisowali oni z Sunderlandem, to United naprawdę czułoby ich oddech na plecach. Cóż, jest jak jest i wielu będzie się w tym wypadku dopatrywać złych decyzji arbitra, które miałyby ograbić „The Gunners” z dwóch punktów. Dobry występ zaliczył przynajmniej Wojciech Szczęsny, przed którym kolejne trudne wyzwanie – mecz z Barceloną na Camp Nou.

Trudno się doszukiwać czegokolwiek interesującego w statystykach, czy wypowiedziach trenerów po 29. kolejce, skoro oczy większości kibiców nacieszył pojedynek rywali. Każdy mecz pomiędzy tymi zespołami jest wyjątkowy. Osobiście cieszy mnie to, że można było, podobnie jak na jesieni, wytypować absolutnego man of the match. A nawet dwóch. Dirk Kuyt to oczywiście niekwestionowany bohater pojedynku czerwonych ekip, lecz w dużej mierze zawdzięcza on to Luisowi Suarezowi, który zaczarował całą defensywę United.
No fakt, ostatnia czwórka Manchesteru tego dnia była całkiem osłabiona, lecz na pewno nie takiej postawy we własnym polu karnym uczyła się ona od Ferdinanda i Vidicia, zwykle jej ostoi. Mecz był w ogóle taki… angielski, być może ulegam tu nieco stereotypom. Było trochę spięć, gniewu, nieporozumień, przepychanek, ciągania za koszulki. Były też manifestacje z obu stron na widok faulu Carraghera na Nanim, który swoją drogą doznał kontuzji i opuścił boisko. Nie wypaczyło to jednak wyniku spotkania, nie ma co się oszukiwać. Cisza medialna ze strony Manchesteru w tej sytuacji może być nawet trochę irytująca.
Ciężko mi uwierzyć, ale Liverpool wreszcie zagrał spotkanie perfekcyjne – takie, jakie oczekuje się tego po wielokrotnych mistrzach Anglii, triumfatorach Ligi Mistrzów. To był ten Liverpool, który parę sezonów temu roznosił w pył największe potęgi piłkarskie. Wreszcie można było zobaczyć prawdziwie kombinacyjną grę, bezradność rywala – i to tak wielkiego. Kuyt nawołuje: – Pokonaliśmy United, pokonaliśmy Chelsea, chcemy też jednak pokonać inne drużyny. Z całym szacunkiem, z West Hamami, Wolverhamptonami i Blackpoolami musimy wygrywać – ot właśnie, cała istota sprawy.
„The Reds” powstali, by walczyć o europejskie puchary. Są aktualnie na szóstym miejscu i jeżeli zrobią co w ich mocy – a kilka wpadek zaliczą też rywale wyżej notowani w tabeli – to osiągnięcie celu jest możliwe. Na Anfield wreszcie widać zdecydowany progres, porządek. A jeszcze niedawno klub ten znajdował się w strefie spadkowej, nie mógł znaleźć nowego właściciela i przegrywał derby z Evertonem. Teraz jest zupełnie coś innego, nastała era Kuyta, Suareza, być może też Carrolla i spółki. Reprezentant „Celestes” w świetnym stylu wkomponował się w zespół i nawet honorowy gol Hernandeza nie wybił z rytmu przeszczęśliwych kibiców Liverpoolu, którzy – zdawać by się mogło – absolutnie się nim nie przejęli.











