Cierpliwość jest jednym z fundamentów sukcesu w futbolu. Nawet dysponując wielkimi pieniędzmi, szanse na triumfy „od zaraz” są znikome. Od lat zapominają o tym na Goodison Park. Żyjąc w cieniu sąsiadów z czerwonej części Merseyside, co chwila zmieniają koncepcję budowy zespołu, rotując kolejnymi szkoleniowcami. To nie przynosi efektu. Nie przeszkadza jednak władzom Evertonu w kontynuowaniu własnej nieporadności i snucia mocarstwowych planów.
Przed obecnym sezonem na Goodison Park powiało optymizmem. Były huczne zapowiedzi o nowej (której to już z kolei w ostatnich latach) koncepcji zespołu. Były także głośne transfery. Tym razem w końcu Everton miał wrócić na właściwe tory. Te, z których „The Toffees” zboczyli w ciemny i mglisty las, kiedy prawie sześć lat temu klub opuścił David Moyes. Patrząc na obecną niecierpliwość władz Evertonu, wydaje się wręcz nieprawdopodobne, że Szkot przepracował na Goodison Park ponad dziesięć lat. Tym bardziej, że „nowych Moyesów” w niebieskiej części Merseyside po urodzonym w Glasgow szkoleniowcu było już trzech (Sam Allardyce pod to zacne miano nie podchodzi). Tyle tylko, że Szkot dostał od władz Evertonu bezcenny czas na pokazanie swojego warsztatu. Jego następcy już niekoniecznie.

Następcy Moyesa
Spośród szkoleniowców, którzy prowadzili Everton w kolejnych latach po odejściu Davida Moyesa, tylko Roberto Martinez mógł liczyć na spory kredyt zaufania władz klubu. Brak sukcesów hiszpańskiego menedżera jakby jednak wyczerpał wszelkie pokłady cierpliwości u włodarzy Evertonu. Posada szkoleniowca zespołu z Goodison Park to od lat bardzo gorące krzesło. Sparzył się Ronald Koeman, obecnie ten sam proces przechodzi Marco Silva. Wiadomo, trzeba wskazać winnego niezadowalających wyników. Najlepiej też ukarać. Najłatwiej trenera, dlatego w liczbie roszad na posadzie szkoleniowca „The Toffees” zaczynają przypominać powoli kluby z polskiej ekstraklasy. Jak widać, zasada „Kowal zawinił, Cygana powiesili” dotarła także do wyspiarskiego futbolu. Zawodników nikt nie ruszy.
Po odejściu Davida Moyesa od kolejnych szkoleniowców wymagano budowy zespołu, który niebawem walczyłby o miejsce premiowane grą w europejskich pucharach. A najlepiej już w pierwszym sezonie. Tak jakby nikt z zarządu Evertonu nie patrzył na stan faktyczny kadry. Nie dostrzegał także faktu, że wdrożenie nowej koncepcji wymaga czasu i cierpliwości. Od lat, gdy tylko „The Toffees” zaczynają notować serię słabszych rezultatów, władze klubu z Goodison Park kładą rękę na przycisku do zwalniania szkoleniowców. Tak było w przypadku Ronalda Koemana, tak najprawdopodobniej będzie z Marco Silvą. Wizja długofalowego projektu jest wtedy odsuwana na bok. Albo – jak kto woli – bliżej nieokreśloną przyszłość. A może jednak określoną, bo zapewne przed kolejnym sezonem władze Evertonu ogłoszą następcę obecnego szkoleniowca zespołu z Goodison Park.













