Gra w Premier League wiąże się obecnie z olbrzymimi obciążeniami fizycznymi. Intensywność jest na tyle wysoka, że organizmy wielu zawodników na dłuższą metę nie wytrzymują. A to tylko początek. Czołowe zespoły ligi grają przecież jeszcze na trzech innych frontach. Rotacja jest więc koniecznością – nie ma innego wyjścia. Póki co inaczej sprawę widzi Maurizio Sarri. Dlatego Chelsea zaczyna puchnąć. A jest dopiero koniec września…
Olbrzymie kwoty płacone za prawa do transmisji spotkań Premier League nie wzięły się znikąd. Nikt kota w worku nie kupował. Angielska ekstraklasa zachwycała i zachwyca nadal intensywnością, tempem rozgrywania spotkań, a także natężeniem ligowego kalendarza. Gdy przeważnie reszta Europy świętuje Boże Narodzenie oraz Nowy Rok, w Premier League wrzucają wyższy bieg. I to praktycznie z dwójki od razu na piątkę. Przetrwać grudniowo-styczniowy maraton jest czymś nadzwyczaj ciężkim. Spotkania odbywają się co dwa, trzy dni. Kibice są zachwyceni. Trenerzy mają kłopot, a zawodnicy emanują przemęczeniem. Dlatego wiele zespołów puchnie, traci cenne punkty. Bez sporej rotacji graczami wyjść cało z zimowego maratonu jest rzeczą wręcz niemożliwą. Choć do grudnia jeszcze sporo czasu, to inaczej kwestię zmian w składzie widzi menedżer Chelsea, Maurizio Sarri.

„The Blues” w poprzednim tygodniu rozpoczęli walkę w Lidze Europy. Występ na kontynencie negatywnie rzutował na ligowe starcie z West Hamem United. Dlaczego? Większość zawodników, którzy rywalizowali w Salonikach zagrała również przeciwko „The Hammers”.
Nowa miotła i kraina marzeń
Zmiana na stanowisku menedżera Chelsea przyniosła nadspodziewane efekty. Pięć kolejnych zwycięstw w lidze rozbudziło apetyty kibiców „The Blues”. Pozycja lidera podziałała na wyobraźnię. Według sympatyków z niebieskiej części Londynu Chelsea już teraz jest realnym pretendentem do tytułu. Wiadomo – kibic to chytra istota. Sukces ma być na już. A jak są przesłanki ku lepszemu, to wyobraźnia robi resztę. Mało kto z sympatyków klubu ze Stamford Bridge tonował nastroje. Wszyscy żyli (żyją nadal?) w euforii. Zapewne mało kto związany z Chelsea dostrzegał mankamenty. A raczej ten jeden duży, który może brutalnie sprowadzić „The Blues” z krainy marzeń do rzeczywistości.
Maurizio Sarri jak większość czołowych szkoleniowców świata odznacza się upartością. Czasem wychodzi to na dobre, czasem na odwrót. Włoski szkoleniowiec w rozegranych dotąd spotkaniach Chelsea najczęściej opierał się na zasadzie jak jest dobrze, to po co zmieniać. I nie zmieniał albo zmieniał za mało. Aż nadszedł derbowy mecz przeciwko West Hamowi United. Choć zespół „The Blues” próbował umiejętnie rozłożyć siły na całe spotkanie, to pod koniec ewidentnie spuchł. Najlepszym przykładem był Willian, który tak przebojowy w ostatnich minutach już nie był. Brak rotacji po raz pierwszy dał o sobie znać.












