Reprezentacja USA wyrasta na jedną z niespodzianek mundialu w Brazylii. Do wyjścia z bardzo trudnej grupy brakuje im tylko jednego punktu w ostatnim meczu. Wcale nie jest to przypadek, a efekt lat pracy.
Szansa na sukces
Jakby nie patrząc tytuł znakomicie odnosi się do drogi, którą przeszedł amerykański futbol. Jeszcze 30-40 lat temu były to absolutne piłkarskie peryferia, teraz są dynamicznie się rozwijającym i dobrze rokującym na przyszłość narodem pod względem piłki nożnej. Oczywiście do szczytu Jankesi mają jeszcze bardzo długą drogę, ale i tak nie można im umniejszać postępu jakiego dokonali. Papierkiem lakmusowym tego postępu jest popularność soccera wśród kibiców. Parę dekad temu, na liście najpopularniejszych sportów w Stanach Zjednoczonych, futbol zamykał pierwszą dziesiątkę. Obecnie jest drugim najpopularniejszym sportem wśród młodzieży, 30% rodzin posiada kogoś kto gra w piłkę, a Amerykanie stanowią największą grupę zagranicznych kibiców w Brazylii. Mówiąc o aspekcie czysto sportowym, obecny mundial jest siódmym, na który się zakwalifikowali, z czego na trzech zdołali dostać się do fazy pucharowej. A ten siedmioetapowy bieg zaczęli od wysłania na mundial we Włoszech w 1990 roku drużyny U-23. Poprzedni turniej zakończyli w 1/8 fianłu, przegrywając po dogrywce z Ghaną. Rok później zapadła decyzja o zatrudnieniu na stanowisku selekcjonera Jurgena Klinsmanna.
Niemiecka precyzja, amerykański temperament
Awans na obecny mundial jest więc zasługą niemieckiego szkoleniowca. Jak sam Klinsmann podkreśla, kwalifikacja nie była tak łatwa do uzyskania jak się wydaje, głównie ze względu na trudne mecze wyjazdowe w rejonie Ameryki Północnej i Środkowej. Dla byłego reprezentanta Niemiec jest to trzecia praca w roli coacha. Wcześniej opiekował się reprezentacją naszych zachodnich sąsiadów oraz Bayernem Monachium. Filozofią Niemca jest aby niekoniecznie powoływać wszystkich najlepszych piłkarzy, lecz takich którzy w komplecie będą tworzyć zgrany zespół. Sam Klinsmann przed mundialem mówił, iż wierzy w awans a nadzieję na pewno zostały rozbudzone po zwycięstwie z Ghaną w pierwszym meczu.
Jednak przed rozpoczęciem turnieju w Brazylii wielu kibiców rodem z USA zwątpiło w Klinsmanna. Miało to miejsce po ogłoszeniu 23- osobowej kadry na mundial, w której ostatecznie zabrakło jednego z najlepszych amerykańskich piłkarzy w historii – Landona Donovana. Tą decyzją selekcjoner podzielił kibiców na swoich zwolenników i przeciwników, których zjednać może tylko i wyłącznie ponadprzeciętnym wynikiem osiągniętym na boiskach Kraju Kawy. Pozytywną zmianą za kadencji byłego napastnika min. Tottenhamu i AS Monaco było znalezienie piłkarzy amerykańskiego pochodzenia z Europy takich, jak: Timothy Chandler, Micheal Diskerud czy Alejandro Bedoya.
Fantazja Howarda
Amerykanie rozpoczęli eliminację do mundialu w czerwcu 2012 roku. Rozegrali łącznie szesnaście spotkań i odnieśli dzięki temu najwięcej zwycięstw ze wszystkich drużyn grających w eliminacjach. Na własnym terenie zespół Klinsmanna nie stracił nawet bramki, co przyczyniło się do wzrostu pewności siebie Tima Howarda, który wskutek tego powiedział, że USA ma szanse nawet na czwarte miejsce. Wygrana z Ghaną to z pewnością dobry początek, ale ten kto oglądał to spotkanie, ten wie, że to głównie zespół z Afryki grał i atakował. Amerykanie mogli być zadowoleni jedynie z konkretności swoich piłkarzy, którzy trafiali do siatki wtedy, gdy tego potrzebowali. Meczem z Portugalią mogli zapewnić sobie awans ze swojej grupy i naprawdę niewiele do tego zabrakło. Obecnie brakuje im do tego remisu w starciu z Niemcami. Amerykański sen prawdopodobnie będzie trwać. Kiedy się skończy?










