W Turynie odpowiednie do sytuacji transfery to rzadkość. Zamiast za dużą kwotę kupić jedną czy dwie gwiazdy, które pociągnęłyby całość do przodu, wydaje się równie spore łącznie sumy może nie na zdezelowane budowle, ale na fundamenty, z których nie wiadomo co powstanie. Choć trzeba przyznać – Juventus potrafi wytrenować młodych… ale nie swoich. Z wychowankami jest już gorzej.
Gdy Antonio Conte, który miał być sir Aleksem Fergusonem Juventusu, nagle i niespodziewanie odszedł w lipcu z powodu złej polityki transferowej zarządu, nad Juventusem zawisły czarne chmury. Sezon można było wyobrazić sobie bez wielu osób, ale nie bez niego. Przecież to on wyciągnął „Bianconerich” z kryzysu i zapowiadał skoncentrowanie się na tak upragnionej Lidze Mistrzów. Co warte uwagi, włodarze „Starej Damy” nie wyciągają wniosków z błędów swoich poprzedników – wcześniej przecież z tego samego powodu po roku spędzonym w drugiej lidze odeszła inna nadzieja trenerska – Didier Deschamps.
Jakby tego było mało, został zatrudniony Max Allegri (co w wolnym tłumaczeniu można z włoskiego przełożyć jako maksymalnie weseli). Kibice znów zarzucali władzom klubu nieporadność, szczególnie w kość dostał Giuseppe Marotta – dyrektor generalny, który przecież nigdy wcześniej nie zarządzał tak wielkim klubem. Nowy trener „Starej Damy” nie radził sobie przecież dobrze, prowadząc AC Milan. Mając w składzie m.in. takich piłkarzy, jak: Ibrahimović, van Bommel czy El Shaarawy, nie potrafił dużo ugrać tak w kraju, jak i w Europie. Zdarzało się, że w trakcie sezonu „Rossoneri” plasowali się w okolicach końca tabeli. Oczywiście zaczęto spekulować o rychłym odejściu Allegriego z San Siro, ale następca Silvio Berlusconiego, Adriano Galliani, wcale nie miał zamiaru pokazywać mu drzwi, co mogło niektórych dziwić, a paru nawet ten stan rzeczy denerwował. Cierpliwość skończyła się dopiero na początku 2014 roku.
Ale jak się później okazało, dyrektor generalny zespołu z Mediolanu najprawdopodobniej wiedział, co robi, trzymając tak długo Massimiliano. Zdaje się bowiem, że problem nie leżał po stronie bohatera tego artykułu, ale w drużynie grającej w czarno-czerwone pasy. Mamy bowiem nowy sezon 2014/2015, a „Bianconeri” grają jak z nut. Milan zaś przeciętnie. Wiele może wskazywać na to, że ten młody jeszcze mimo wszystko trener jest, albo dopiero będzie, znakomity w swoim fachu.
A wskazują na to zarówno wyniki, jak i gra. Pomimo kontuzji Vidala, Pirlo czy np. Barzagliego Juventus wygrał wszystkie dotychczasowe mecze we Włoszech, nie tracąc nawet bramki (choć to również zasługa obronionego przez Buffona karnego). Na szczęście Allegri nie wpadł na szaleńczy pomysł, aby budować swój autorytet poprzez zburzenie wszystkiego, co dotychczas osiągnięto, i budowanie od nowa. Zostawił zaszczepione w drużynie ustawienie 3-5-2, nieco je odświeżając i modyfikując styl poruszania się po boisku. Teraz piłkarze nie muszą przez całe 90 minut ściśle i z najdrobniejszym szczegółem wykonywać morderczej taktyki, tak jak to było przez ostatnie trzy lata. Są momenty wytchnienia i czasami gra przypomina słynną tiki-takę. Widać to też w statystykach – liczba podań zwiększyła się. Allegri również nie krzyczy tyle co Conte – jednym słowem: drużyna odetchnęła, nie tracąc przy tym swojego animuszu – wręcz przeciwnie – zyskała go jeszcze trochę.











