Kiedy w lutym 2008 roku lądował w zasypanej śniegiem Warszawie, niewielu wróżyło mu w Polsce długą karierę. Alexis Norambuena błyskawicznie stał się jednak jednym z najbardziej lubianych i rozpoznawalnych obcokrajowców na naszych boiskach. Dziś z sentymentem wspomina zdobycie historycznego Pucharu Polski, początki współpracy z Michałem Probierzem i grę dla reprezentacji Palestyny. Chilijczyk zdradza również, dlaczego zraził się do piłkarskiego biznesu i opowiada o swoich planach ściągania talentów z Ameryki Południowej do Ekstraklasy.
W samej Ekstraklasie rozegrał ponad 150 spotkań. Najlepsze lata swojej kariery spędził w Jagiellonii Białystok, gdzie stał się prawdziwym filarem defensywy. Kibice cenili go za nieustępliwość, a koledzy z szatni za niezwykle szybkie i sprawne opanowanie języka polskiego. Choć jego przygoda z piłką miała też ciemniejsze strony, to pobyt w Polsce ukształtował go jako człowieka. Czym zajmuje się dziś Norambuena? Jak po latach wspomina pobyt w Polsce? Zapraszam do lektury.
Dominik Michalski (iGol.pl): Cześć Alexis! Na początek muszę zapytać: jak się masz i czy wciąż pamiętasz język polski? Swego czasu udzielałeś nawet wywiadów w naszym języku.
Alexis Norambuena: Cześć, u mnie wszystko w porządku. Nadal pamiętam język polski i wciąż po polsku czytam. Może nie mówię perfekcyjnie, ale wciąż bardzo dużo pamiętam. Od czasu do czasu oglądam skróty meczów ligowych, więc w mojej pamięci sporo zostało.
Podczas Twojego ponad 7-letniego pobytu w Polsce wszyscy byli pod wrażeniem, jak dobrze opanowałeś nasz język. Nauka polskiego była dużym wyzwaniem? W końcu uchodzi on za jeden z najtrudniejszych języków do opanowania.
Tak, sprawiło mi to trochę trudności, ale miałem szczęście. W drużynie byli koledzy, a zwłaszcza jeden, który mówił zarówno po polsku, jak i po portugalsku, więc na początku mocno na nim polegałem. Z czasem nauka stała się po prostu koniecznością. Skład się zmieniał, koledzy odchodzili i w końcu zostajesz sam. Musisz zacząć robić postępy, jeśli chcesz coś osiągnąć i lepiej wszystkich rozumieć. Byłem tu z rodziną i z perspektywy czasu uważam, że całkiem dobrze sobie poradziłem z tak skomplikowanym językiem.
Pamiętasz swoje pierwsze polskie słowa albo zwroty z boiska i szatni z czasów, kiedy wchodziłeś do zespołu jako „egzotyczny” transfer z Ameryki Południowej?
Z podstawowych rzeczy oczywiście przywitania: cześć, dzień dobry, a także słowo woda. Jeśli chodzi o szatnię i boisko, uważam, że podpowiedzi od kolegów z drużyny to pierwsza rzecz, o której naukę trzeba zadbać po przyjeździe. Szybko zapamiętałem słowa takie jak: czas, plecy, wyjazd, sam, lewa, prawa. To były kluczowe pojęcia, żeby porozumiewać się na murawie i rozumieć wskazówki.
Do Jagiellonii Białystok trafiłeś na początku 2008 roku z chilijskiego Unión Española. Dla kibiców na Podlasiu był to absolutnie niecodzienny kierunek. Jak to się stało, że chłopak z Santiago wylądował w Ekstraklasie? Miałeś wtedy inne propozycje?
Przyleciałem 24 lutego 2008 roku za pośrednictwem agenta, na dwa dni przed zamknięciem okienka transferowego. Pamiętam, że wylądowałem w krótkich spodenkach, a w Warszawie było niesamowicie zimno i padał śnieg. Do tego wszystkiego zgubiła się moja walizka! Zabrali mnie do ośrodka, dali ciepłe ubrania i poszedłem obejrzeć mecz Jagiellonii z Cracovią na starym stadionie. Od razu przedstawiono mi konkretną ofertę. Dopiero później dowiedziałem się, że były też zapytania z Legii czy z Wisły Kraków, ale w Chile w ogóle mnie o nich nie poinformowano. Gdy usłyszałem o propozycji z Jagiellonii, nie wahałem się. Piłkarze lubią wyzwania, a to była świetna okazja, by zaryzykować i spróbować sił w całkowicie innej lidze niż te w Ameryce Południowej.
Zamieniłeś ciepłe Santiago na polską zimę. Co wywołało u Ciebie największy szok i do czego najtrudniej było Ci się przyzwyczaić?
Bardziej niż szok klimatyczny – do którego człowiek w końcu się przyzwyczaja, choć zima mocno daje w kość – odczułem różnice w mentalności. Latynos jest z natury bardziej wylewny, częściej się uśmiecha, wita i okazuje radość w bardzo otwarty sposób. Polacy czy Europejczycy też są radośni, ale okazują to inaczej. Ten początkowy dystans był chyba najtrudniejszy do przełamania, choć później miałem rewelacyjne relacje z ludźmi w klubie i mieście. A jeśli chodzi o same dziwactwa… Dziwne to złe słowo, po prostu wszystko było inne. Pod względem architektury Białystok przypominał mi rodzinne strony, choć u was jest znacznie zieleniej i macie więcej dużych parków. Największą niewiadomą było dla mnie na początku jedzenie. Kompletnie nie wiedziałem, co to za potrawy i jak smakują.
W Jagiellonii spędziłeś ponad 5 lat, rozgrywając grubo ponad 100 meczów i stając się ulubieńcem trybun. Jak z perspektywy czasu wspominasz ten okres? To był najlepszy czas w Twojej karierze?
Licząc mecze pucharowe, wystąpiłem tam łącznie 146 razy. Byłem wtedy jednym z obcokrajowców z największą liczbą gier w historii klubu, z czego jestem bardzo dumny, bo utrzymanie się w jednym zespole przez tak długi czas wcale nie jest łatwe. To był przepiękny okres. Zarówno sportowo, jak i prywatnie. Mam ogromny sentyment do Białegostoku i kibiców. Mogłem zostać w Jagiellonii rok dłużej, trener bardzo tego chciał, ale zarząd zwlekał z decyzją i ostatecznie nie przedłużyliśmy umowy. Nie mówię tego jako krytyki, po prostu tak potoczyły się losy. Żałuję tylko, że nie zdążyłem zagrać na w pełni ukończonym nowym stadionie, choć miałem okazję wystąpić przy udostępnionej pierwszej połowie trybun.
W sezonie 2009/2010 sięgnęliście po historyczny Puchar Polski, a chwilę później po Superpuchar. Jak pamiętasz tamte sukcesy i świętowanie z kibicami?
To był niesamowicie udany czas dla całego miasta. Walczyliśmy o najwyższe cele. Do zdobycia mistrzostwa Polski zabrakło nam chyba tylko doświadczenia. Skończyliśmy pierwszą rundę na fotelu lidera i jeszcze na cztery kolejki przed końcem prowadziliśmy w tabeli, ale potknęliśmy się w samej końcówce. Zapewniliśmy sobie jednak grę w pucharach i zmierzyliśmy się z Arisem Saloniki. A sam Puchar Polski i Superpuchar… Jagiellonia nigdy wcześniej niczego nie wygrała, więc to był gigantyczny sukces. Przejazd klubowym autokarem przez miasto i faworyzowany Lech Poznań pokonany w finale Superpucharu to momenty, których nie zapomnę do końca życia.
Kluczową postacią tamtej drużyny był trener Michał Probierz. Jak wspominasz współpracę z nim?
Mam z nim świetne wspomnienia. Pamiętam, jak objął zespół i mocno przebudował skład. Zaprosił mnie wtedy do pokoju, a Hermes tłumaczył naszą rozmowę. Trener powiedział mi wprost: „Jeśli chcesz grać, musisz być lepszy od Polaków”. Dając do zrozumienia, że jako obcokrajowiec muszę wnosić do zespołu wartość dodaną. Wziąłem to sobie mocno do serca. Początki były trudne. Dajesz z siebie wszystko na treningach, a nie dostajesz szansy, chociaż czujesz, że jesteś w formie. W końcu jednak dał mi zagrać, wywalczyłem miejsce w składzie i nie oddałem go przez długi czas. Michał Probierz to trener żyjący piłką z ogromną pasją. Mógłbym mówić o nim w samych superlatywach. Gdy został selekcjonerem reprezentacji Polski, bardzo się ucieszyłem. To niezwykle utalentowany szkoleniowiec.
Grałeś w jednej drużynie z takimi zawodnikami jak Tomasz Frankowski, Kamil Grosicki czy Hermes. Z kim na boisku i poza nim miałeś najlepszy kontakt? Kto był wówczas liderem „Jagi”?
Oczywiście miałem znacznie lepszy kontakt z Hermesem niż z „Frankiem” czy z Kamilem. Jednak jako że Tomasz Frankowski był autorytetem w skali całego kraju, jeśli chodzi o piłkę, gra u jego boku była o wiele łatwiejsza. Zawsze pomaga, gdy widzisz, że partner na boisku doskonale cię rozumie.
W tamtym okresie wyjściowy skład był całkowicie jasny. Kamil Grosicki miał gigantyczny potencjał. Gdy tylko poukładał sobie życie prywatne, udowodnił, jak wybitnym jest piłkarzem. Miał ogromną dynamikę i siłę, jaką posiada niewielu zawodników, co potwierdził w trakcie całej swojej kariery, grając tam, gdzie grał, i występując w reprezentacji. Z kolei z Hermesem, który również pochodzi z Ameryki Południowej i ma świetne wyszkolenie techniczne, wszystko szło znacznie płynniej. Cieszę się, że do dziś pracuje w klubie. Dziś, patrząc na to z boku, czuję dumę, że mogłem grać z takimi zawodnikami. Mówię to, nie ujmując niczego reszcie tamtej drużyny; choć być może o kimś zapomniałem, to właśnie oni byli prawdziwymi liderami tamtego zespołu.
Pamiętasz mecze w europejskich pucharach, szczególnie gorący dwumecz z Arisem Saloniki (1:2 u siebie i 2:2 na wyjeździe) w Lidze Europy? Byliście bardzo blisko awansu, czuliście duży niedosyt?
Jeśli chodzi o rozgrywki UEFA, mam takie poczucie odnośnie tamtego dwumeczu, że gdybyśmy mieli więcej doświadczenia, albo bardziej doświadczonych kolegów w drużynie, to byśmy awansowali. Popełniliśmy dwa konkretne błędy i to nas drogo kosztowało. Myślę, że gdybyśmy mieli to doświadczenie, przeszlibyśmy tę rundę.
O ile dobrze pamiętam, sędziowanie było tam koszmarne. Uważam, że w tamtym meczu nas okradziono. Podyktowali przeciwko nam, o ile się nie mylę, rzut karny – nie pamiętam już dokładnie – ale to, że nas przekręcono, to pewne. Myślę, że spokojnie przeszlibyśmy ten etap, ale tak jak mówię: zabrakło nam po prostu boiskowego cwaniactwa, nie umieliśmy grać „brudno”. Uważam też, że zabrakło nam siły przebicia w strukturach jako drużynie, żeby móc trochę lepiej poradzić sobie z całą tą sytuacją wokół sędziowania. Ale mimo wszystko było to bardzo piękne doświadczenie.

W 2024 roku Jagiellonia wywalczyła historyczne, pierwsze Mistrzostwo Polski. Śledziłeś te wydarzenia? Co czułeś, widząc, że Twój dawny klub zdobywa złoto?
Tak, śledzę mecze. Europejskie puchary transmitują wszędzie, ale trudniej jest oglądać mecze Ekstraklasy tutaj, w Chile. Czasami wrzucają coś na niektóre strony, kiedyś były takie, na których mogłem to śledzić na bieżąco.
Jestem niezwykle szczęśliwy, że Jagiellonia zdobyła mistrzostwo! To była niesamowita kampania. Bardzo się z tego cieszę, to coś ogromnie ważnego. Uważam, że odkąd my wtedy zaczęliśmy i zdobyliśmy Puchar Polski w 2010 roku, klub ciągle szedł w górę. Pokazał, że przyzwyczaił się do awansowania do pucharów i stałej walki o czołowe miejsca. To niezwykle ważne, żeby klub zawsze prezentował się jako siła, która stale walczy o mistrzostwo i gra w międzynarodowych rozgrywkach. To daje o wiele większy prestiż samemu klubowi i piłkarzom, którzy tam przechodzą.
Po odejściu z Jagiellonii, na początku 2014 roku dołączyłeś do GKS-u Bełchatów, który grał wtedy w I lidze. Szybko pomogłeś drużynie w awansie do Ekstraklasy. Jak wspominasz tamten czas?
Gdy odchodziłem z Jagiellonii, to było dla mnie bardzo smutne. Rozmawiałem z trenerem, on mnie chciał w zespole i pokazał mi moje statystyki. Grałem przez większość sezonu: na środku obrony, na boku, jako defensywny pomocnik, a moje liczby wcale nie były złe. Na szczęście pojawiła się okazja, żeby zostać w Polsce. Projekt GKS-u Bełchatów był interesujący, dobrze radzili sobie w rozgrywkach, a decyzja o przejściu tam była dla mnie bardzo trafiona.
Zagrałem w większości, jeśli nie w 100%, to w 99% meczów tamtego sezonu. Dzięki swojemu doświadczeniu z polskiej ligi pomogłem grupie, która była świetnie prowadzona. To była wspaniała ekipa, poznałem cudownych ludzi. Trener dał mi pełne zaufanie, żebym wniósł wartość zarówno sportową, jak i ludzką. Po to mnie ściągali, bo musieliśmy wygrywać i awansować do Ekstraklasy. Na szczęście, dzięki ciężkiej pracy nas wszystkich, udało się to osiągnąć. Kolejny rok zaczęliśmy bardzo dobrze, zanim dopadła mnie ta kontuzja ścięgna Achillesa, przez którą musiałem poddać się operacji. Pamiętam jednak nasz pierwszy mecz po awansie: zagraliśmy z Legią Warszawa i wygraliśmy 1:0 po kapitalnym spotkaniu! Z Bełchatowa mam piękne wspomnienia, nie tylko z piłkarzami, ale i ze sztabem.
Z Bełchatowem spadliście jednak z ligi rok później. W sumie na poziomie polskiej Ekstraklasy rozegrałeś ponad 150 spotkań. Co najbardziej polubiłeś w naszym kraju przez te ponad 7 lat?
Nagrałem się tam naprawdę sporo meczów. Wydaje mi się, że mogło być ich nawet więcej, ale rozegranie ponad 150 spotkań w tej lidze to ważna rzecz. Sama liga była bardzo dobra, nie mam jej nic do zarzucenia. A kraj… poznałem go, nauczyłem się ludzi, poznałem ich zwyczaje. Jestem niesamowicie wdzięczny i bardzo szczęśliwy, że dużą część mojego piłkarskiego życia spędziłem właśnie w Polsce. To było 7 i pół roku życia i dzielenia codzienności z ludźmi. Nigdy wcześniej nie pomyślałbym, że moja kariera rozwinie się w tamtą stronę.
Nie oznacza to jednak, że wszystko było usłane różami. Myślę, że jedyną czarną plamą mojego pobytu w Polsce był problem, jaki miałem z pewnym agentem piłkarskim, tym samym, który mnie tam sprowadził i oszukał na pieniądze. Niestety, dalej pracuje w Polsce. Zabrał pieniądze z mojego procentu od transferu, a o ile dobrze pamiętam, sprzedawał mi płyty z nagraniami moich własnych meczów. Potem wcisnął mi samochód za wielką kasę. W tamtym czasie nie rozumiałem języka, nie miałem na miejscu nikogo, kto by mi pomógł, więc bezwzględnie wykorzystał moją niewiedzę. To najgorsza rzecz, jaka spotkała mnie w Polsce. Ale dotyczy ona jednej, konkretnej osoby. Cała reszta, absolutnie wszystko inne, była pozytywna. Moje dzieci też tam mieszkały i ludzie przyjęli je niezwykle ciepło.

W 2015 roku definitywnie wyjechałeś z Polski. Co zadecydowało o tym, że nie szukałeś już kolejnego klubu w naszym kraju?
Prawdę mówiąc, to nie tak, że nikt do mnie nie dzwonił – pytało o mnie kilka klubów, ale nie spełniały moich oczekiwań finansowych, które zresztą wcale nie były wygórowane. Wiedziałem, ile płaci się w poszczególnych zespołach, i nie chciałem iść poniżej pewnego poziomu. Do tego dochodziły układy menedżerskie. Jak to się mówi: każdy pilnuje własnego podwórka. Żaden agent nie wciśnie przecież do klubu zawodnika, z którym na co dzień nie współpracuje i na którym nic nie zarobi. Powiedziałem sobie, że nie będę tego znosił i nie zamierzam grać za pół darmo tylko po to, żeby być na boisku. Postanowiłem wrócić do Chile, by z godnością zakończyć karierę.
Masz w swoim CV niezwykle ciekawy wątek reprezentacyjny. Zagrałeś w kadrze Palestyny. Czy spodziewałeś się kiedykolwiek, że zagrasz w kadrze narodowej?
Cała ta historia z reprezentacją była niesamowita. Dziadek mojej mamy pochodził z Zachodniego Brzegu, który stał się częścią Palestyny po podziałach terytorialnych w tamtym regionie. Kiedy grałem w Polsce, a moje szanse na grę w reprezentacji Chile były znikome, dostałem telefon. Chciałem zyskać doświadczenie w meczach międzynarodowych – niezależnie od tego, że była to akurat Palestyna – i podjąłem decyzję, by dla nich zagrać.
Zagrałem w dwóch edycjach Pucharu Azji, grałem w meczach międzypaństwowych i eliminacjach, co daje ogromne ogranie. Mierzyłem się z Australią, Japonią, Arabią Saudyjską czy Katarem. To całkowicie inna kultura. Zawsze bardzo dużo się o Palestynie mówi, często ludzie wypowiadają się bez żadnej wiedzy, a rzeczywistość na miejscu okazywała się zupełnie inna. Nie chodzi o to, że są idealni, ale powiela się o nich wiele krzywdzących opinii, kompletnie pomijając tych, którzy faktycznie wywołują tam problemy. Nie chcę jednak mówić nic więcej, bo nie lubię wchodzić w politykę. Dla mnie to była wspaniała piłkarska i życiowa przygoda.
Jak po wyjeździe z Polski potoczyła się Twoja kariera? W którym momencie i z jakiego powodu podjąłeś ostateczną decyzję o zawieszeniu butów na kołku?
We wrześniu wróciłem do Chile, w grudniu zakończył się u nas sezon, po czym podpisałem kontrakt z tutejszym zespołem – Deportes La Serena. Niestety, z czasem zaczął dopadać mnie brak motywacji. Zrozumiałem brutalną prawdę: we wszystkich klubach, czy to w Polsce, czy w Chile, czy gdziekolwiek indziej na świecie, jeśli nie masz odpowiednich wtyków i układów z ludźmi decyzyjnymi, robi się bardzo ciężko.
Grałem jeszcze przez dwa lata w mniejszym ekstraklasowym klubie w Santiago, po czym ostatecznie powiedziałem „pas”. Czułem, że cały ten piłkarski świat stał się dla mnie mocno brudny. Chodzi mi o to, że jeśli chcesz grać albo gdzieś trafić, to niezależnie od twojego doświadczenia, profesjonalizmu czy umiejętności, działacze i tak postawią na znajomego albo na kogoś, kto kręci z nimi interesy. To właśnie skłoniło mnie do podjęcia ostatecznej decyzji o zawieszeniu butów na kołku i rozpoczęciu „normalnego” życia.
Minęło już trochę czasu od zakończenia Twojej kariery piłkarskiej. Czym zajmujesz się obecnie w Chile? Zostałeś przy piłce, czy robisz zupełnie coś innego?
Odciąłem się od czynnego grania, całkowicie odszedłem od wyczynowego futbolu. Dziś prowadzę biznesy związane z boiskami ze sztuczną nawierzchnią, a na co dzień pracuję w dziale marketingu sportowego marki Skechers, gdzie odpowiadam za cały obszar sportowy tej firmy w Chile. Daje mi to dużo satysfakcji.
Równolegle współpracuję z agencją menedżerską, z którą próbujemy nawiązywać kontakty, by sprowadzać południowoamerykańskich piłkarzy do Polski. Uważam, że polski rynek jest niezwykle atrakcyjny, a my w Chile mamy naprawdę wielu zdolnych zawodników.
Jednak tak, jak mówiłem wcześniej – żeby w ogóle wejść na polski rynek, musisz działać przez jakiegoś lokalnego polskiego menedżera albo dotrzeć bezpośrednio do dyrektora sportowego lub szefa skautingu danego klubu. Próbowałem wysyłać materiały wideo o naszych zawodnikach, ale na ten moment nie dopięliśmy jeszcze żadnego transferu. Nawiązałem jednak kontakty i jestem całkowicie otwarty: jeśli jakiś polski zespół szuka wzmocnień, możemy przeanalizować opcję sprowadzenia tam chłopaków z Chile. Widzę, że do Polski ściąga się teraz wielu Hiszpanów, Anglików czy Japończyków. Ameryka Południowa to ogromny potencjał. Być może uda nam się doprowadzić do jakiegoś ruchu podczas najbliższego zimowego okienka transferowego.
Czy masz jeszcze kontakt z kimś z Polski – z byłymi kolegami z szatni, z trenerami?
Szczerze mówiąc, nie mam dziś z nimi zbyt częstego, bezpośredniego kontaktu. Widzę jednak w mediach, jak chłopaki, z którymi grałem, kończą kursy trenerskie, pracują w sztabach albo jako trenerzy bramkarzy. Jak na przykład Grzesiek Sandomierski, z którym spędziłem masę czasu w Białymstoku. Widzę też chłopaków z boiska, którzy pracują teraz jako eksperci i komentują mecze, choćby Rafała Gikiewicza. Przewijają się też inne nazwiska: Maciej Makuszewski, bracia Mak czy Tomek Kupisz. Wielu z nich zostało przy piłce, niektórzy pracują jako działacze.
Nie mam z nimi stałego kontaktu telefonicznego, ale tak jak mówiłem, staram się śledzić ligę, patrzeć na to jak idą rozgrywki, kto gra, a kto nie. Są też drużyny, które za moich czasów biegały po boiskach Ekstraklasy, a dzisiaj, jeśli się nie mylę, utknęły w pierwszej lidze. Staram się oglądać polską piłkę na tyle, na ile to możliwe, żeby wiedzieć, w jakim miejscu to wszystko się znajduje.
Gdybyś miał dziś usiąść i podsumować swoją karierę, skupiając się na grze w Polsce. Czym była dla Ciebie przygoda z polską piłką?
Gdybym miał to ująć w jednym zdaniu, co oznaczała dla mnie przygoda w Polsce, powiedziałbym: była piękna. Piękna, ponieważ rozpatruję ją zarówno w wymiarze sportowym, jak i czysto ludzkim. Wyjeżdżałem z Chile jako inny człowiek, a w Polsce zyskałem zupełnie nową, świetną mentalność. Dojrzałem tam zarówno jako zawodnik, jak i jako mężczyzna. Właśnie dlatego czuję, że to jedno słowo – „piękna” – oddaje absolutnie wszystko.
Alexis, ogromnie dziękuję za tę rozmowę, poświęcony czas i podzielenie się swoimi wspomnieniami. To wspaniałe słyszeć, że po tylu latach wciąż z takim sentymentem myślisz o Polsce. Życzę Ci samych sukcesów w życiu zawodowym w Chile, powodzenia w biznesie i miejmy nadzieję, do zobaczenia w Polsce!
Ja również bardzo dziękuję! Było mi niezmiernie miło powspominać te wszystkie chwile. Gorąco pozdrawiam wszystkich kibiców w Polsce, trzymajcie się ciepło i mam nadzieję, że do zobaczenia!











