AH: Sunday Bloody Sunday


6 maja 2013 AH: Sunday Bloody Sunday

Taki właśnie tytuł nosił wydany w 1983 singiel grupy U2, promujący longplay „War”. Tytuł jest dwuznaczny, „bloody” bowiem można przetłumaczyć zarówno jako krwawy, jak i cholerny. Rzecz dotyczyła kwestii czysto politycznych – tragicznych wydarzeń z 1972 roku w Londonderry podczas kryzysu w Irlandii Północnej – oglądając jednak wczorajszą „Super Sunday” w Premier League, pomyślałem właśnie o tym utworze. Dlaczego? Poziom obu wczorajszych spotkań był, lekko mówiąc, słaby, a żeby dobitniej wyrazić rozczarowanie, powiem – cholernie masakryczny. Czyżby nieuchronne powolne zmęczenie materiału?


Udostępnij na Udostępnij na

Derby miasta Beatlesów wyglądały tak, jakby remis obu ekipom był na rękę, a po meczu wszyscy mieli iść wspólnie na paintballa. Nie jest to logika pozbawiona sensu, gdyż zarówno Everton, jak i Liverpool wyszły wczoraj z pistoletami pozbawionymi nabojów, a jeden zawieszony „El Pistolero” musiał nawet siedzieć na trybunach w gustownym garniturze z herbem „The Reds”. I rzeczywiście – akcji, które zrywałyby nas ze snu długimi tygodniami, było jak na lekarstwo, a mecz toczył się w specyficznej sennej atmosferze, jakby całe strzelanie pozostawione było właśnie na pomeczowego paintballa.

Leighton Baines
Leighton Baines (fot. skysports.com)

W obu ekipach szykują się być może kluczowe zmiany: niejasna od dłuższego była sytuacja wiecznie marudzącego o Lidze Mistrzów Suareza, a w obliczu ostatnich „wiekopomnych” wyczynów Urugwajczyka niewykluczony jest fakt, że snajper odejdzie z Anfield Road. „El Pistolero” nieustająco rozrabia, dając pożywkę mediom, a gołym okiem widać, że angielska ziemia, delikatnie mówiąc, nie pokochała byłego goleadora Ajaksu. Co tu dużo mówić – idąc za Benedyktem Chmielowskim i jego definicją konia z encyklopedii „Nowe Ateny” – koń jaki jest, każdy widzi, ale także konia z rzędem temu, kto nie chciałby mieć krnąbrnego Luisa w swojej drużynie. Jakość to widoczna gołym okiem, fantazja z nutką (wielką nutą?) szaleństwa. To najlepszy snajper na Anfield Road od czasów mitycznego wręcz wąsacza, czyli Iana Rusha.

Niejasna jest także sytuacja w obozie „The Toffees”. Davidowi Moyesowi kończy się wraz z końcem obecnego sezonu kontrakt i niewykluczone jest, że Szkot odejdzie z Goodison Park. Kazus Moyesa jest szalenie ciekawy, przypadek tego genialnego menedżera przypomina bowiem nieco sytuację ze świata Formuły 1, w której jest multum zdolnych kierowców, a deficyt miejsc w kokpitach najlepszych ekip. Szkot od lat wykręca wraz z Evertonem niesamowite jak na możliwości tego klubu osiągnięcia, jednak na przeszkodzie ku zrobieniu tego decydującego kroku – czytaj: Liga Mistrzów – stoją zawsze słabe finanse. Tajemnicą poliszynela jest, iż Moyes chciałby poprowadzić silniejszy zespół, ale najlepsze stołki w BPL są obsadzone niczym przejście na granicy polsko-ukraińskiej. Wenger w Arsenalu, SAF na Old Trafford, Mancini w City, Mourinho zapewne w Chelsea, a Liverpool… cóż, ten temat w wypadku Moyesa w ogóle porzućmy, poza tym „The Reds” zawarli związek małżeński z Brendanem Rodgersem.

Juan Mata
Juan Mata (fot. skysports.com)

Moyes jest ewenementem na skalę wręcz światową. Rokrocznie prezes „The Toffees”, Bill Kenwright, wydziela szkockiemu menedżerowi niewielkie kieszonkowe na transfery, ale ten i tak daje radę. To prawdziwie szkockie „Waleczne Serce” i William Wallace byłby dumny, mając takich pobratymców. Boss Evertonu jest modelowym wręcz przykładem doskonałego ekonomisty, który mając bardzo niewiele, zamienia to w złoto. Myślę, że na jego prelekcjach wyedukowałoby się paru polskich biznesmenów. Jest jedno wymarzone miejsce pracy dla Szkota – idealne wręcz dla jego wrodzonych atrybutów, czyli charakteru, pracowitości i lojalności – to Old Trafford. Tam jednak – niczym w „Hobbicie” – zasiada wielki zły smok Ferguson, który posiadł całe złoto i ani myśli opuszczać ten manchesterski Erebor.

U podwalin każdej szanującej się i dobrze prosperującej organizacji powinien stać solidny fundament, czyli płynność finansowa oraz sztab szkoleniowy, zapewniający ciągłość pracy i konsekwentną realizację raz przyjętej filozofii klubu. Abstrahując od wyników, wiedzą o tym w Arsenalu i obu Manchesterach – Mancini trzyma się jak na razie mocno. Nieco inne zwyczaje panują w Liverpoolu i Chelsea, ale wydaje się, że na Anfield nareszcie nastąpi dłuższe panowanie Rodgersa i problem bezkrólewia został zażegnany.

Śledź Bloody Football! na Facebooku

Alex Ferguson
Alex Ferguson (fot. Marca.com)

Osobną bajką jest Chelsea, ale jasne sygnały i plotki o powtórnym przyjściu „The Special One” mogłyby wskazywać na to, że Roman Abramowicz jednak poszedł po rozum do głowy i zatęsknił za stabilizacją oraz sportową jakością, jaką „The Blues” dawał Jose Mourinho. Trudno w tym całym chaosie znaleźć miejsce dla wspomnianego wyżej Moyesa, a szkoda, zasługuje on bowiem na sprawdzenie się w lepszym klubie niż Everton. Istnieją pewne spekulacje, że Szkot mógłby pracować w Chelsea lub w City, ale to raczej domysły, dziennikarskie preludium do sezonu ogórkowego w BPL. W kontekście przyszłego miejsca pracy obecnego bossa „The Toffees” mówi się natomiast całkiem poważnie o Bundeslidze.

Adekwatnie do wczorajszych derbów Liverpoolu rozczarował „szlagier” przez małe „sz” na Old Trafford. Obie ekipy napędzały swoje akcje mizernie, a jedynego gola zdobył tuż przed końcem meczu bohater całego sezonu – jeśli chodzi o Chelsea – Juan Manuel Mata. Malutki maestro rodem z Półwyspu Iberyjskiego uderzył na bramkę „Czerwonych Diabłów”, a piłka otarła się jeszcze o nogi Phila Jonesa i zatrzepotała w siatce gospodarzy. Różnie podawany jest wynik tego meczu, niektóre źródła bowiem wskazują jako strzelca bramki Matę, inne zapisują tego gola jako samobójcze trafienie Jonesa. Jedno nie ulega natomiast wątpliwości – siłą sprawczą tego uderzenia był Mata, więc to jego uznajmy jako ojca tego decydującego ciosu zadanego w trzewia manchesterskiego hegemona.

Gareth Bale, Tottenham
Gareth Bale, Tottenham (fot. Skysports.com)

Ostatnio media obiegła wiadomość, że latem sir Alex Ferguson podda się operacji biodra, przez co może stracić początek sezonu. Szkot jest natomiast w doskonałym humorze i ani myśli o emeryturze. Chętnych na jego ciepłą posadkę oczywiście nie brakuje – vide Moyes – jednak Ferguson cały czas zdaje się oszukiwać czas, grając z nim w szachy niczym pewien rycerz ze śmiercią w „Siódmej Pieczęci” Ingmara Bergmana. Świat futbolu jest niezwykle efemeryczny, jednak to właśnie Szkot zaczarował rzeczywistość, trwając nieprzerwanie na czele manchesterskiej dynastii.

W lecie zapewne rozkręci się karuzela trenerska, a z wygnania powróci złote dziecko futbolu, czyli Jose Mourinho. W jego wypadku – odwrotnie niż u sir Aleksa – czas zrobił swoje i „The Special One” troszeczkę się postarzał, a i jego pasmo sukcesów zaczęły znaczyć porażki, kiedyś tak obce przecież Portugalczykowi. Boski Jose ma swoją robotę do wykonania i tylko od niego będzie zależało, czy na Stamford Bridge nastąpi restauracja imperium rosyjsko-portugalskiego, a pewien Szkot znów zostanie strącony z piedestału, jak to miało miejsce przed dekadą.

„Super Sunday” rozczarowała, ale nadszarpnięty kredyt zaufania Premier League będzie mogła spłacić już teraz, począwszy od dzisiaj rozgrywane będą zaległe mecze. Wszystkich na Wyspach elektryzuje zwłaszcza spotkanie środowe, kiedy na Stamford Bridge zawita Tottenham, a mecz ten praktycznie zadecyduje o tym, czy „Koguty” wystąpią w przyszłej edycji Ligi Mistrzów, tym samym zatrzymując Garetha Bale’a. To właśnie na Walijczyka – koronowanego niedawno na najlepszego gracza sezonu – zwrócone będą wszystkie oczy.

W sobotę Bale włóczył się po boisku niemiłosiernie, a Tottenham długo nie mógł poradzić sobie z konsekwentnie grającym Southamptonem Artura Boruca. Gdy wydawało się już, że dojdzie do podziału punktów, Bale przeprowadził decydującą akcję przesądzającą o losach meczu. W najważniejszym momencie nie zawiódł, a jego błysk geniuszu tuż przed końcem meczu zapewnił Tottenhamowi trzy punkty. Bale udowodnił tym samym wszem i wobec, że słusznie należy mu się nagroda dla najlepszego gracza sezonu. Można stać niezauważonym przez cały mecz, ale w decydującej chwili trzeba wziąć odpowiedzialność na swoje barki i Gareth właśnie to zrobił. Po tym poznaje się najlepszych.

Artykuł ukazał się także na Bloody Football! Blog

Komentarze
Andre (gość) - 13 lat temu

Dobry tekst.

Kuba Machowina (gość) - 13 lat temu

Dzięki :) Zapraszam na bloga.

Najnowsze