Pacjent w fatalnym stanie po raz kolejny trafia na stół operacyjny. Wszystko inne zawiodło, trzeba kroić. Od dzisiaj ma być już tylko lepiej, chorą tkankę usunięto.
Dzisiejsza dymisja menedżera Chelsea Londyn spowodowała, że nowy cykl, jak na razie, jest całkowicie zdominowany przez tematy trenerskie. Jednak jest pewna nowość, tym razem mówimy o postaci zagranicznej, wartej więcej niż obecna strefa spadkowa naszej ekstraklasy.

Sprowadzenie Portugalczyka kosztowało tyle, co piłkarz dobrej klasy, czyli około 28 milionów funtów wypłacania przeróżnych odszkodowań. Przez wrota Stamford Bridge przeszła żywa kopia tamtejszego bożyszcza – Jose Mourinho. Przecież większy klon portugalskiego geniusza już po ziemi nie stąpa.
Najtęższe głowy tego nie rozumiały. Właściciel hojny – no jest. Piłkarze dobrzy – no są. No to jak to! Przecież szyba, za którą stoją najwyższe laury, od lizania tak łatwo nie pęknie. Dlatego lekiem na całe zło stał się ten młody i piekielnie skromny facet.
Stało się. Villas-Boas stanął na mostku kapitańskim, a władze obwieściły podróż po najpiękniejszych krainach. Tylko nowy menedżer, najprawdopodobniej w Porto, zostawił mapę i zabłądził. Chelsea przegrywała mecz za meczem, kłaniając się coraz to słabszym rywalom. O ile porażki z Manchesterem United, Arsenalem czy Liverpoolem można wybaczyć, o tyle straty punktów z Norwich, Swansea, Evertonem, Fulham, Wigan i kluczową z WBA trudno zaakceptować, mając imperialistyczne pociągi i mocarstwowe marzenia.
Władze wróciły do korzeni i totalnie pozbawione cierpliwości po prostu podziękowały trenerowi. W kraju, gdzie trener jest niemalże nienaruszalny (patrz: Ferguson, Wenger, Pulis, Moyes), to niebieska gilotyna od 2007 roku ścięła już sześć głów.
Od czterech lat po 27 kolejkach Chelsea nie miała tylu porażek i nie okupowała tak niskiego miejsca w tabeli. Zerkając dalej do statystyk, to Andre Villas-Boas jest najgorszy od 16 lat. Chociaż nie – jeszcze gorszy jest styl, w jakim grali „The Blues”. W wielu angielskich domach wołano do potomków – „masz karę, przed telewizor i oglądaj Chelsea!”.
Oczywiście, pożegnanie Portugalczyka było wiadome od kilku tygodni. Nawet sfrustrowani kibice uruchomili serwis pod nazwą „czy AVB został już zwolniony?” i licznik bił. Zapewniam, że dzisiaj rano wielkie „yes” zdominowało stronę, a cyferki zatrzymały się. Oby skończyła się też niemoc piłkarzy, bo jak nie, to za wujka Romana nikt nie ręczy…











