Sędziowanie w Polsce przechodziło już różne kataklizmy. Był czas, kiedy to środowisko było tak przesiąknięte korupcją, że każdego arbitra niemal w każdym spotkaniu podejrzewało się o wzięcie łapówki. A ci przecież nie odmawiali, chowali kasę np. w kole zapasowym. Dziś takich praktyk już (podobno) nie ma. Sędziów zaatakował jednak kolejny kataklizm. Choroba ostatnio dotknęła Pawła Pskita.
Chodzi o mecz Korony Kielce z Zagłębiem Lubin. W tym spotkaniu piłkarze mieli wyjść na boisko i zacięcie walczyć o każdy jego centymetr. Pierwszoplanowymi postaciami mieli być kreatywni pomocnicy, błyskotliwi napastnicy, bezbłędni obrońcy czy pewni bramkarze. Ktoś zdecydował inaczej, może była to suwerenna decyzja sędziego głównego, może kogoś z zewnątrz, ale teorii spiskowej tworzyć nie będziemy, skupmy się na tym, co można było zaobserwować gołym okiem.

Pojedynek jak każdy inny, co prawda Korona walczy jeszcze o puchary, a Zagłębie wciąż nie jest pewne utrzymania, ale nie był to mecz, w którym arbiter miałby problem z udźwignięciem jego ciężaru. Jednak Pan Pskit zupełnie sobie z tym spotkaniem nie poradził. Pokazał łącznie 17 (słownie – siedemnaście) żółtych kartek i trzy czerwone. Co tam musiało się dziać? Jakaś bijatyka? Nic z tych rzeczy. A więc mecz musiał być niezwykle brutalny, jak na przykład pamiętny pojedynek Holandii z Portugalią na mistrzostwach świata 2006. Nic takiego nie miało miejsca. Pozostaje więc zaćmienie mózgu sędziego, jego niekompetencja lub głupota. Istnieje też czwarta opcja, o której nie chcemy mówić, bo przecież mieliśmy nie szukać na siłę teorii spiskowych.
Sędzia meczu Korony z Zagłębiem pochodzi z Łodzi. Co to ma do rzeczy? Otóż kielczanie w najbliższych spotkaniach będą mierzyć się z ŁKS-em Łódź, GKS-em Bełchatów i Widzewem Łódź. Zbieg okoliczności?
Można oczywiście powiedzieć, że arbiter był w miarę konsekwentny, bo pokazał dziewięć kartek gospodarzom i osiem gościom, ale sporo tych kar to efekt kłótni z sędzią czy obdarzenie piłkarzy obu drużyn kartonikiem w żółtym kolorze przy ostrzejszym starciu, w którym wystarczyłoby zwykłe upomnienie. Zresztą faule „Scyzoryków” były traktowane nieco inaczej niż zagrania lubinian. Na przykład rzut karny i czerwona kartka dla Jovanovicia. Zobaczenie faulu w tej sytuacji byłoby mistrzostwem świata, ale może arbiter chwilowo wspiął się na najwyższy szczebel sędziowskiego warsztatu, może chwilowo jego wzrok zmienił się w jakiś supernowoczesny rentgen, a może w przypływie emocji okazało się, że Paweł Pskit to jasnowidz, który zobaczył przewinienie Jovanovicia siłą woli. W dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe, ale my teorii spiskowych się nie doszukujemy.
Co o tym sądzą ci, którzy mieli odgrywać pierwszoplanowe role w tym meczu? Kamil Kuzera wie swoje. − W podobnym kontekście wypowiada się Tadas Kijanskas. − Podobnego zdania jest Paweł Sobolewski. − . Krótką, ale trafną diagnozę postawił trener Korony, Leszek Ojrzyński: – To oczywiście słowa zrozpaczonych kielczan, ale ze źródeł zbliżonych do obu klubów wiemy też, że sami piłkarze Zagłębia byli zaskoczeni taką liczbą żółtych kartek.











