Wielkie hity rządzą się swoimi prawami, warszawsko-krakowski klasyk nie jest pod tym względem odosobniony. Zanim jednak przy Reymonta rozbrzmi pierwszy gwizdek sędziego Jarosława Przybyła, zastanówmy się, kto wygra mecz i dlaczego będzie to właśnie Legia.
1) Bo ma Nikolicia

I to w zasadzie główny argument. Węgierski kiler, jak dotychczas, trafił dziewiętnastokrotnie (!) w osiemnastu meczach ligowych. O tym, że zdobędzie koronę króla strzelców ekstraklasy (o ile nie wyjedzie zimą, co jednak jest dość mało prawdopodobne), nie trzeba chyba nikogo przekonywać. O tym, że pobije legijny rekord Stanko Svitlicy (24 trafienia), również nie, a także o tym, że osiągnie najlepszy wynik strzelecki od wielu lat. Tylko trzech piłkarzy zdobyło w jednym sezonie naszej ligi więcej niż 30 bramek. Mowa o Józefie Kohucie, Erneście Wilimowskim i Henryku Reymanie. Ostatni raz taki wynik padł w 1948 roku (Kohut). Później najbliżej tego niezwykłego wyczynu był Marek Koniarek w 1996 roku. Obecny snajper Legii, utrzymując dyspozycję, jest w stanie zbliżyć się do tych rekordowych wyników. Wisła jest po prostu kolejną drużyną do naznaczenia, a „Niko” z pewnością z tego skorzysta.
2) Bo Wisła nie umie grać z Legią
Przynajmniej w ostatnim czasie. Bilans pojedynków pomiędzy tymi drużynami w ostatnich latach jest druzgocący dla „Białej Gwiazdy”. Z ostatnich piętnastu spotkań wygrali zaledwie trzy, z dziesięciu – jedno. Ostatni mecz w Krakowie też nie skończył się dla Wisły najlepiej – Orlando Sa, Ondrej Duda i Miro Radović pokazali jej miejsce w szeregu. 3:0 z wielkim rywalem zawsze boli. Szansa na powtórkę nie jest wcale taka mała, w Krakowie bowiem…
3) Bałagan organizacyjny
…w Krakowie bowiem nie dzieje się ostatnio najlepiej (nowość!). Po okropnym policzku, jakim była porażka Wisły na własnym stadionie w derbach z Cracovią, prezes Bogusław Cupiał postanowił zwolnić trenera Kazimierza Moskala. Giełda nazwisk potencjalnych następców jest duża, ciągle jednak nie doczekaliśmy się konkretów – „Biała Gwiazda” przystąpi więc do meczu z tymczasowym szkoleniowcem. O tym, że na drużynę nie podziała to zbyt mobilizująco, nie trzeba chyba mówić. W takim chaosie czasem rodzą się rzeczy wielkie, o wiele częściej jednak wszystko, co wcześniej zbudowano, zwyczajnie się zawala. Drugi scenariusz jest znacznie bardziej prawdopodobny.












