Celtic już w niedzielę mógłby świętować tytuł mistrzowski, gdyby spełnione zostały dwa warunki: po pierwsze zespół Macieja Żurawskiego i Artura Boruca musiał w sobotnim meczu pokonać Motherwell w stolicy Szkocji (co wprawdzie wydawało się łatwe, ale jeśli wziąć pod uwagę 'czarną serię’ ostatnich spotkań stołecznego zespołu, to nie można było mieć stuprocentowej pewności), a zajmujący drugą lokatę Rangersi musieli przegrać w Saint Mirren z miejscową drużyną.
Celtic przystępował do meczu na własnym obiekcie osłabiony brakiem Paula Telfera, który zdecydował się rozwiązać kontrakt za porozumieniem stron już teraz (pierwotnie wygasał on w czerwcu); 36-letni obrońca postanowił wrócić do Anglii, gdzie od dłuższego już czasu przebywa jego rodzina. Do pierwszego składu powrócił Maciej Żurawski. Polski napastnik przez dwa miesiące leczył kontuzję łydki i dopiero na początku miesiąca podjął treningi z resztą zespołu. Niestety „Magic” na boisku przebywał tylko trzydzieści pięć minut, bowiem doznał kolejnej kontuzji i Gordon Strachan dość nieoczekiwanie zmuszony był dokonać pierwszej zmiany. W miejsce byłego napastnika Lecha Poznań wszedł Derek Riordan, który – jak się potem okazało – został jednym z ojców sukcesu swojego zespołu. To właśnie były napastnik Hibernianu Edynburg kilka minut po rozpoczęciu drugiej połowy strzelił jedynego gola w tym spotkaniu.Mecz nie był ciekawym widowiskiem, a przyczynili się do tego piłkarze, którzy grali można powiedzieć 'wakacyjnie’, rzadko przeprowadzali ciekawe i szybkie akcje. Mecz był szarpany, w pierwszej połowie znudzeni kibice często gwizdali na uczestników spotkania dopominając się lepszej gry. W drugiej części Celtic szybko wyszedł na prowadzenie, co 'rozruszało’ nieco widowisko, bowiem goście zaczęli grać odważniej i dążyli do zmiany niekorzystnego rezultatu. Dobre spotkanie rozegrał Artur Boruc, który kilka razy ratował swój zespół przed stratą bramki; broniący tytułu „The Bhoys” mogli w drugich czterdziestu pięciu minutach podwyższyć rezultat spotkania, ale fatalnie pudłowali, co doprowadziło do nerwowej końcówki. Ostatecznie jednak trzy punkty zostały na Celtic Park, co znacznie przybliżyło piłkarzy Gordona Strachana do drugiego z rzędu, a czterdziestego pierwszego w historii klubu tytułu Mistrza Szkocji.
Spotkanie pomiędzy Inverness i Falkirk można podsumować jedynie bardzo krótko, bo z całego spotkania na uwagę zasłużyło jedynie ostatnie dziesięć minut. Oba zespoły przez pozostałą część czasu grały tak, aby się wzajemnie nie skrzywdzić, brakowało nawet ostrej gry, co w Szkocji nie zdarza się często. Dopiero ostatnie minuty przyniosły emocje, a także i bramki. Pierwsi gola zdobyli przyjezdni, a dokładnie uczynił to Carl Finnigan. Gospodarze od razu rzucili się do ataku i sześć minut później strzał Rankina z kilku metrów przyniósł im wyrównanie. Zespoły podzieliły się więc punktami, utrzymały swoje miejsca w tabeli. Po takim meczu można zadać pytanie o sens rozgrywania spotkań, które już przed rozpoczęciem nie toczą się o nic. Niestety do końca sezonu jeszcze kilka takich bardzo przeciętnych widowisk się odbędzie.
Dużą niespodziankę sprawili swoim kibicom piłkarze Dunfermline wygrywając na własnym stadionie z faworyzowanym Hibernianem 1:0. Jedynego gola zdobył sześć minut przed końcem spotkania Phil McGuire. Obrońca „The Pars” wykorzystał dośrodkowanie Hammilla z rzutu wolnego i strzałem głową pokonał świetnie broniącego McNeila. To właśnie bramkarz Hibs był najlepszym piłkarzem swojego zespołu broniąc w nieprawdopodobnych sytuacjach. Już w pierwszej części wygrał dwukrotnie pojedynek sam na sam z piłkarzami gospodarzy, nie dał się też pokonać strzałami z daleka. Sprzyjało mu również szczęście, bo po strzale jednego z miejscowych piłka odbiła się od poprzeczki, a w innej sytuacji prowadzący zawody Craig MacKay nie podyktował rzutu karnego dla „The Pars”. Niestety pozostali zawodnicy z Edynburga nie dostosowali się poziomem gry do swojego bramkarza i byli tylko statystami w meczu.










