Zapewne wszyscy doskonale orientują się w aktualnej strukturze społeczeństwa w Niemczech. Wielokulturowość i duża otwartość na nowych przybyszów sprawiają, że paszporty niemieckie posiada coraz więcej osób, których korzenie sięgają nawet najbardziej odległych zakątków ziemi. Idealnym odzwierciedleniem przemian, które zachodziły za naszą zachodnią granicą na przestrzeni lat, jest zmiana wyglądu reprezentacji Niemiec. Kilkanaście lat temu złożonej praktycznie w 100% z zawodników, którzy mieli tylko korzenie niemieckie, dziś utożsamiającej pojęcia wielokulturowość i otwartość.
Błędne jest jednak przekonanie, że kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat temu w kadrze nie było ani jednego piłkarza o nieniemieckim pochodzeniu. Otóż takie przypadki zdarzały się już dużo wcześniej. Najsłynniejsze z nich? Erwin Kostedde – w latach 1974-1975 zagrał trzy mecze dla reprezentacji RFN, ale zapisał się w historii, ponieważ… był pierwszym ciemnoskórym reprezentantem kraju (syn Niemki i afroamerykańskiego żołnierza, który stacjonował w okolicach Münster). Mehmet Scholl (ma tureckie korzenie) po raz pierwszy dostąpił zaszczytu gry w barwach Niemiec w 1995 roku, z kolei rok wcześniej debiut zaliczył Fredi Bobić, który z kolei urodził się na terenie byłej Jugosławii. Dodajmy, że Scholl, a także Bobić w 1996 roku zdobyli mistrzostwo Europy.

Dwa lata później Niemcy pojechali do Francji, gdzie chcieli powtórzyć osiągnięcie sprzed prawie ćwierćwiecza i w ciągu dwóch lat wygrać mistrzostwo Europy i świata. Turniej okazał się jednak wielką klapą. Mistrzowie Europy z Anglii, po wygraniu grupy i wyeliminowaniu Meksyku w 1/8 finału, trafili w ćwierćfinale na rewelacyjną wtedy Chorwację, od której dostali solidny łomot 0:3. Było to niechlubne pożegnanie się z turniejem. Dlaczego wspominam wydarzenia sprzed 18 lat? Ano dlatego, że ten turniej był, paradoksalnie, w pewien sposób wyjątkowy dla „Die Mannschaft”. Po raz ostatni na wielkiej imprezie 100% kadry stanowili piłkarze tylko o niemieckich korzeniach!
W 2000 roku Erich Ribbeck zabrał już dwóch graczy, którzy równie dobrze mogli przywdziewać barwy innego kraju, a jeden z nich bardzo długo o tym marzył. Mowa o nieco zapomnianym już w Polsce Dariuszu Woszu. Urodzony w Piekarach Śląskich Wosz jako dziecko wyjechał do NRD. W 1989 roku zadebiutował w kadrze Niemiec Wschodnich, w barwach której zagrał siedem spotkań.
Po zjednoczeniu Niemiec wydawało się, że te mecze będą przez FIFA anulowane, a sam Wosz będzie mógł nadal wybrać między Polską a Niemcami. Sam zawodnik nie ukrywał, że chciałby założyć trykot z biało-czerwonym orłem na piersi, dodatkowo żadnych przeciwwskazań nie widział ówczesny selekcjoner – Henryk Apostel. Niestety dla byłego gracza Bochum i Herthy weto postawiła światowa federacja, nie miał on żadnej alternatywy i musiał przyjąć powołanie do kadry zjednoczonych Niemiec, w której zadebiutował w 1997 roku.











