Piotr Głowacki-Grzyb

Pierwsza część grupowych rewanży w Lidze Mistrzów

4. kolejka fazy grupowej Champions League i pięć najciekawszych aspektów wtorkowego wieczoru

Ligi Mistrzów
01 listopada 2017

 

Po dwóch tygodniach fani futbolu mogli znów usłyszeć hymn Ligi Mistrzów. Nachodząca czwarta seria gier w fazie grupowej to powtórki z rozrywki, tyle że już nie na swoich stadionach. Osiem wtorkowych spotkań dostarczyło nie tyle wrażeń, co ciekawostek. Co wydarzyło się na koniec października w najlepszej lidze świata?

Jubileusz zepsuty już od pierwszej minuty

Chyba trudno znaleźć kogoś, kto na starcie wieczoru nie wybrał pojedynku Romy z Chelsea. Mecz na Stamford Bridge stał na niesamowitym poziomie i co najmniej podobnego scenariusza można było oczekiwać na Stadio Olimpico. Zwłaszcza że stawką było pierwsze miejsce w grupie, a na tym etapie tej fazy rozgrywek motywacji do walki nie powinno zabraknąć.

I nie brakowało, AS Roma, która zdecydowanie pokonała mistrzów Anglii aż 3:0. Kibice zgromadzeni na obiekcie „Giallorossich” nie zdążyli się wygodnie rozsiąść po odsłuchaniu hymnu Champions League, ponieważ Stephan El Shaarawy pokonał Thibauta Courtoisa już po trzydziestu ośmiu sekundach. Włoch z egipskimi korzeniami został dzięki temu autorem najszybszego gola Romy w historii jej występów w Lidze Mistrzów. Trzydzieści pięć minut później cieszył się on ze swojego pierwszego dubletu w tych rozgrywkach, a dzieła zniszczenia dopełnił Diego Perotti. Drużyna Eusebio Di Francesco dzięki temu zwycięstwu została nowym liderem grupy C.

Wydaje się, że jak najszybciej będzie chciał o tym meczu zapomnieć Cesc Fabregas. Paradoksalnie, bo reprezentant Hiszpanii jednak rozgrywał we wtorkowy wieczór swój setny mecz w Lidze Mistrzów. Z pewnością sam zainteresowany znalazłby z dziesięć innych spotkań bardziej nadających się na bycie jubileuszowym. Jeszcze z kronikarskiego obowiązku – ten „Klub 100” ma od wtorku trzydziestu trzech członków.

Z piekła do nieba i z powrotem

Grupowego dwumeczu z Manchesterem United raczej nie będzie miło wspominać Mile Svilar, 18-letni bramkarz lizbońskiej Benfiki. W poprzedniej serii gier to jego błąd przesądził o zwycięstwie drużyny Jose Mourinho, kiedy to łapiąc piłkę, wbiegł z nią do własnej bramki, a goal-line okazało się już wtedy tylko stemplem.

Na Old Trafford jednak wydawało się, że Belg odgonił koszmary z Estadio da Luz – obronił rzut karny wykonywany przez Anthony’ego Martiala. „Orły” powoli nie wytrzymywały tempa narzucanego przez gospodarzy, z których Nemanja Matić zdecydował się na uderzenie zza pola karnego, po czym wszystko potoczyło się tak, jak po słynnym strzale Jacka Krzynówka dziesięć lat temu.

Zostawał mniej niż kwadrans do końca spotkania i Svilar znów musiał zmierzyć się z rzutem karnym. Tym razem już nie wyczuł intencji strzelającego, którym był Daley Blind i tak Benfica przegrała 0:2. Portugalczycy zajmują ostatnie miejsce w grupie A, bez punktu i z bilansem bramkowym 1:10.

Sentymentalne powroty Ernesto Valverde

Szkoleniowca FC Barcelona w ostatnich dniach mogła dopadać nostalgia. Dopiero co w sobotę odwiedzał San Mames, gdzie FC Barcelona nie bez problemów pokonała Athletic 2:0, a we wtorkowy wieczór „Duma Katalonii” przyjechała do Pireusu, na stadion Olympiakosu. To z tym klubem trener Valverde odniósł swoje największe sukcesy szkoleniowe, zdobywając w 2009 roku mistrzostwo i Puchar Grecji.

Tym razem jednak nie było tak przyjemnie. Katalończycy tylko zremisowali bezbramkowo z gospodarzami, a samo spotkanie nie stało na zbyt wysokim poziomie. O ile wicemistrzowie Hiszpanii mają spokojną sytuację, o tyle dla Greków to dopiero pierwszy punkt zdobyty w tej fazie grupowej.

Atletico nad przepaścią

W tej edycji Ligi Mistrzów wciąż dziesięć drużyn nie odniosło zwycięstwa. Jedną z nich jest Atletico Madryt. Trzy punkty, trzy remisy i porażka. Już od losowania wiadomo było, że „Rojiblancos” wpadli do trudnej grupy (Roma, Chelsea, Qarabag), ale raczej zakładano co najmniej cztery punkty z azerskim zespołem. Tymczasem podopieczni Diego Simeone w dwumeczu z zespołem Jakuba Rzeźniczaka strzelili tylko jednego gola, w dodatku ani przez minutę z tym rywalem nie prowadzili!

Co jeszcze bardziej uwypukla słabość Atletico w tym sezonie, to sytuacje w ich polu karnym, które jeszcze dwa, trzy lata temu były nie do pomyślenia. Qarabag strzelił ekipie Cholo gola głową i to po rzucie rożnym. Siódma bramka w tym sezonie stracona po strzale tą częścią ciała, z dziesięciu w sumie.

Przepiękna bramka Thomasa wyniosła „Atleti” z czwartego na trzecie miejsce, ale wizja wyjścia z choćby drugiego miejsca potężnie się oddaliła od podopiecznych Diego Simeone. Cztery punkty straty do drugiej Chelsea to jedno, ale pomimo nawet wygrania dwóch pozostałych meczów, wciąż trzeba liczyć na to, że Qarabag przynajmniej zremisuje z londyńczykami lub Romą…

Paryski walec z nowym kierowcą

U siebie poszło jeszcze łatwiej niż w Belgii – Paris Saint-Germain ponownie przejechało się po Anderlechcie. W Brukseli paryżanie strzelili cztery gole, przed własną publicznością o jednego więcej. Jednak o ile na wyjeździe brylował kwartet ofensywny Mbappe–Neymar–Cavani–Di Maria, na Parc des Princes był jeden, nomen omen, książę – Layvin Kurzawa.

Po tym, jak do przerwy wynik ustalili Veratti i Neymar, druga połowa należała do Francuza. Lewy obrońca paryżan w ciągu dwudziestu sześciu minut strzelił trzy bramki! Tak się składa, że był już obrońca z hattrickiem w Lidze Mistrzów – Franck Sauzee, który tej sztuki dokonał w barwach Olympique’u Marsylia w 1993 roku. I był też już piłkarz, który strzelił dla PSG trzy gole w jednym meczu Ligi Mistrzów. Cztery lata temu zrobił to Zlatan Ibrahimović, który ustrzelił… Anderlecht.

Zapisz

Komentarze:
Przeczytaj także: