Jakub Najwer

Philipe Coutinho – bestia czy tylko dobry zawodnik?

Przyjrzyjmy się sylwetce piłkarza, o którego zabiega FC Barcelona

30 sierpnia 2017

Myślimy Philipe Coutinho, mówimy: zejście do środka i piękny strzał w dalsze okienko bramki. Fakt, to zagranie jest jego firmową akcją, ale czy to nie za mało jak na zawodnika, za którego Barcelona składa ponad stumilionową ofertę? Co prawda Brazylijczyk jest świetnym piłkarzem, ale choruje na syndrom Mesuta Oezila. Często po prostu znika i przez kilkanaście meczów nie jest wartościowym elementem układanki Juergena Kloppa. Jakby dodać do tego jeszcze często trapiące go kontuzje, to wychodzi, że ten Coutinho nie jest wcale tak genialny, jak go malują.

W internecie mocno popularne jest słowo „hype” oznaczające, że ktoś jest po prostu na fali, jest doceniany. Ofensywny pomocnik Liverpoolu stanowi doskonały przykład na to, że ktoś może być „przehajpowany”, czyli po prostu za mocno chwalony.

Syndrom wiecznego lenistwa Mesuta Oezila

Jest taki piłkarz… mistrz świata z Niemcami, człowiek, który potrafi posłać prostopadłe podanie w miejsce, o którym ktoś inny nawet by nie pomyślał. Ma genialnie ułożoną lewą nogę, nigdy nie strzela mocno, ale prawie zawsze celnie. Tak, to ofensywny pomocnik Arsenalu, Mesut Oezil. Jednak przy tylu zaletach posiada on również kilka wad, które skreślają go z listy najlepszych piłkarzy na świecie. Jest po prostu leniem, typem, za którego trzeba biegać. Zasadniczo to w popularnej grze sportowej „FIFA” nie powinien mieć on opcji biegania, a w zamian jako jedyny na świecie powinien otrzymać opcję człapania po boisku. Owszem, są legendy, że Mesut zrobił kiedyś wślizg, a nawet pobiegł 60 metrów na sprincie. Jako że w każdej legendzie jest trochę prawdy, to potwierdzam, zdarzyło mu się to od dziewięciu do jedenastu razy przez ostatnie cztery lata.

Piłkarz byłby z niego genialny, ale niestety – jest tylko gościem, który miewa przebłyski. Często genialne, często spektakularne, ale myślę, że bardziej korzystne byłoby wrócenie się za stratą chociaż trzy razy w meczu niż trzy ładne piętki lub podania raz na 13 spotkań.

I tutaj mamy małe podobieństwo między nim a głównym tematem naszego tekstu. Coutinho, bo o nim mowa, potrafi strzelić fenomenalną bramkę z dystansu, potrafi fenomenalnie podać, ale miewa przestoje, których po prostu mieć nie powinien. Przeanalizujmy jego dotychczasowe występy w barwach „The Reds”.

Dotychczasowe występy w Liverpoolu – minuty w lidze i zdobyte bramki

Do klubu przyszedł w sezonie 2013/2014. Jego pierwsze rozgrywki na Wyspach były po prostu słabe, na boisku spędził ponad 2300 minut i zdobył jedynie pięć goli, co jest wynikiem mizernym.

Sezon 2014/2015 – ponad 3700 minut w lidze i ponownie tylko pięć zdobytych bramek.

W sezonie 2015/2016 Philipe Coutinho rozegrał około trzech tysięcy minut i zdołał poprawić swoje wyczyny strzeleckie, trafił do siatki ośmiokrotnie, ale to wciąż nie jest wynik godny zawodnika wartego 150 milionów.

Poprzedni sezon był jego najlepszym w Anglii. Ponad 3900 rozegranych minut i trzynaście ligowych trafień, a do tego dziewięć asyst. Nie jest to najgorszy wynik, ale na przykład najlepszy ofensywny pomocnik Premier League w poprzednim sezonie – Dele Alli – zdobył tych bramek 18, a ma jedynie 21 lat. Brazylijczyk jest od niego aż o cztery lata starszy. Żeby nazywać zawodnika fenomenalnym, trzeba oczekiwać więcej, niż zaprezentował nam to Coutinho, zwłaszcza w drugiej części sezonu, w której był po prostu słaby.

Łącznie Brazylijczyk wystąpił w 134 spotkaniach ligowych dla „The Reds”, w których zdobył 34 bramki.

Philipe Coutinho vs Gylfi Sigurdsson

Najważniejsze jednak jest to, że grał on w Swansea, a nie Liverpoolu, więc i kolegów na boisku miał po prostu słabszych.

Od 2014 roku do niedawna o sile zespołu Swansea decydował jeden zawodnik. Gylfi Sigurdsson z Islandii był prawdziwym człowiekiem od wszystkiego w drużynie Łukasza Fabiańskiego. Fantastyczne rzuty wolne i strzały z dystansu, dobre otwierające podanie… To wszystko, co ma ten zawodnik. Najważniejsze jednak jest to, że grał on w Swansea, a nie Liverpoolu, więc i kolegów na boisku miał po prostu słabszych. Od momentu przyjścia na Liberty Stadium Sigurdsson wystąpił łącznie w 106 spotkaniach ligowych i zdobył w nich 26 bramek. Można to z czystym sumieniem uznać za wynik bardziej imponujący niż to, czego dokonał w tym czasie Coutinho.

Islandczyk często w pojedynkę wygrywał mecze dla swojego zespołu, żeby później dzięki jego bramkom i asystom Swansea utrzymało się w lidze. On był głównym architektem tego sukcesu, którym to utrzymanie niewątpliwie było. Co prawda w Liverpoolu również jest taki gość, bez którego Klopp nie może żyć, ale nie pochodzi on z Brazylii. To Sadio Mane, który wyjeżdżając na Puchar Narodów Afryki, zrobił wielką krzywdę swojemu zespołowi, który sobie po prostu nie radził bez najlepszego zawodnika.

Coutinho potrafił w poprzednim sezonie mieć serię siedmiu meczów bez bramki, nie wchodząc w szczegóły jest to wynik słaby, nawet jeżeli w tym czasie przez trzy lub cztery mecze był kontuzjowany, to od gracza, za którego Barcelona oddałaby wręcz swoje życie, trzeba wymagać więcej. Sigurdsson jest o trzy lata starszy, więc można z jego ceny odjąć jakieś 10–15 milionów, ale przy większym wkładzie w grę swojej drużyny i podobnych liczbach zapłacono za niego nie 150, a „jedynie” 50 milionów euro.

Życie bez Coutinho istnieje

To prawda. Kibice Liverpoolu wyobrażają sobie sytuację, w której nie będzie go w klubie. Co więcej, jest nawet przyśpiewka napisana na wzór znanej piosenki Despacito, w której wyrażają fakt, że ich najlepszym Brazylijczykiem jest Firmino, a nie Philipe Coutinho.

Przyśpiewka na pewno żartobliwa, ale pokazująca bardzo, bardzo wiele. Bez Coutinho gra Liverpoolu wygląda podobnie jak z nim, a bez Mane czy Firmino się po prostu nie układa. Owszem, Brazylijczyk jest bardzo dobrym piłkarzem, ale na Anfield bywa największą gwiazdą tylko wtedy, kiedy błyszczy. A to naprawdę nie są przebłyski w każdym meczu, ale co kilka. Życzymy mu jego wymarzonego transferu do Hiszpanii i tego, żeby ustabilizował swoją formę, bo to jest jego największa bolączka. Do tego omijanie kontuzji i Barcelona w przypadku jego przenosin do niej może mieć z niego pożytek, ale na pewno nie warty 150 milionów, no chyba że złotych.

Komentarze:
Przeczytaj także: