Jan Mazurek

Ingolstadt 04 jak Audi S8?

23 września 2015

Bawaria. Ingolstadt. 130-tysięczne miasto, które tętni życiem. Każdy turysta to przyznaje. Niezapomniany klimat, bo metropolia ta przesiąknięta jest historią i tradycją. Przede wszystkim jednak główna siedziba Audi. Dla fanów futbolu długo było to jednak miejsce całkowicie anonimowe. Do początku tego sezonu…

Dla wielu piłka nożna w tamtym rejonie Niemiec sprowadza się do jednej nazwy: Bayern Monachium. Klub o długowiecznej tradycji, z milionami kibiców na całym świecie i wielokrotny zdobywca prestiżowych trofeów. To właśnie na tym wielkim zespole skupia się uwaga całego świata. Jego derbowym rywalem jest TSV 1860 Monachium, który od dobrych 10 lat plącze się w 2. Bundeslidze i raczej nierychło awansuje. To jednak nie koniec. Ten land w Bundeslidze godnie reprezentuje jeszcze od kilku sezonów Augsburg, który ma już wyrobioną markę. Na przełomie wieków był jeszcze Unterhaching, ale on nie zagrzał sobie miejsca w elicie i w swojej drugiej kampanii zajął niedającą utrzymania szesnastą lokatę. Jak widać, w największym kraju związkowym w Niemczech na piłkę monopol ma Bayern. Przeszkodzić próbuje mu w tym od kilku lat Augsburg i właśnie Ingolstadt, czyli całkowicie nowy gracz na rynku.

Za naszą zachodnią granicą nazwy klubów często kończą się dwiema cyframi. Oznaczają one datę założenia spółki. Zazwyczaj pochodzi ona jeszcze z początków minionego wieku. W przypadku „Czerwono-czarnych” wszystko wygląda jednak inaczej. 04 znajdujące się w herbie i nazwie pochodzi od 5 lutego 2004 roku. To właśnie wtedy po fuzji skłóconych ze sobą i stojących na skraju bankructwa ESV i MTV powstał dzisiejszy beniaminek Bundesligi. Zasadniczo jednak miasto to nigdy nie miało większych tradycji piłkarskich. Do dziś funkcjonuje nawet dowcip, że Ingolstadt składa się z 80% ludzi, którzy deklarują się, że kibicują Bayernowi i 20%, którzy w ogóle nie interesują się futbolem. Dowcip jest na pewno przesadzony, ale dobrze odzwierciedla historię sportową, którą mogą pochwalić się popularni „Schanzer”. Nic dziwnego więc, że ludzie pomysł Petera Jackwertha na stworzenie nowego klubu w tym mieście odebrali jako szalony. To właśnie jednak ten biznesmen złotymi głoskami zapisał się w metropolii nad Dunajem.

Jackwetrh chciał przywrócić temu tworowi z ESV i MTV dawny blask. Miał wizję, że może stworzyć coś, co spodoba się 130 tysiącom osób. Marzył, żeby ludzie zaczęli identyfikować się z jego pomysłem. Żeby Bayern zszedł na drugi plan, a na horyzoncie pojawiło się coś nowego. – Miałem takie marzenie, żeby ludzie zaczęli wierzyć, że u nas też da się coś stworzyć bez niczyjej pomocy. Wtedy w 2004 roku nasze zespoły rozpadały się, widmo bankructwa nad nimi wisiało. Dlatego postanowiłem połączyć je w jedną całość i powstało 04 – wspomina szczęśliwy przedsiębiorca. Z własnych środków ciągnął on klub tylko przez pierwsze lata. Później zaczęło pomagać miasto i oczywiście Audi.

Ralph Hasenhüttl
Ralph Hasenhüttl – trener Ingolstadt (fot. Wikimedia)

Ze wspomnianych wcześniej 130 tysięcy mieszkańców Ingolstadt aż 30 tysięcy zarabia na życie właśnie w Audi. Trudno się więc dziwić, że ten wielki koncern motoryzacyjny zaangażował się w sponsorowanie lokalnego sportu. Zrobił to jednak dość późno. Wszystko zaczęło się w 2006 roku, kiedy pojawiały się pierwsze informacje o rzekomym zainteresowaniu władz tej marki kupnem akcji drużyny sportowej. Oficjalnie jednak wszystkie formalności dopięte zostały rok później. Audi zaangażowało się w rozwój futbolu, ale jednak w inny sposób, niż wielu mogłoby przypuszczać.

– To koncern jest blisko 20-procentowym udziałowcem klubu, sponsorem głównym, właścicielem stadionu, a w radzie nadzorczej FC Ingolstadt są niemal sami przedstawiciele koncernu, jednak nie jest to sytuacja analogiczna jak w innych klubach „fabrycznych”, jak w VFL Wolfsburg czy Bayerze Leverkusen – jasno zaznacza Jackwerth. Audi nie szasta pieniędzmi. Nie kupuje najlepszym zawodników. Nie wybiera drogi na skróty, czyli przez setki milionów wyrzuconych na wzmocnienia. Postawiono na, wydaje się, rozsądniejszą drogę. Sponsor bardzo doba o akademię, rozwój młodych piłkarzy, warunki, zaplecze treningowe i jest właścicielem ładnego, 15-tysięcznego sfinansowanego przez miasto i właściciela stadionu. Zdaje się, że piłkarzom nie brakuje niczego.

– Warunki i stadion palce lizać. Niczego mi nie brakuje. Wcześniej grałem w Karlsruher SC, czyli klubie o większej renomie i muszę przyznać, że tu jest nawet lepiej – twierdzi Pascal Gross, pomocnik „Czerwono-czarnych”. Jego koledzy raczej podzielają tę opinię, bo na boisku spisują się naprawdę dobrze. Ale od początku. Po trzech latach od założenia Ingolstadt grało już w 2. Bundeslidze. Doprowadził ją do tego nie byle kto – Thorsten Fink – późniejszy szkoleniowiec Bazylei i Hamburga. Później była jednak brutalna weryfikacja umiejętności i bolesny spadek. Ponowny awans robił Michael Wiesinger, później pracujący z Norymbergą. Od tego momentu zespół popadł w marazm. Brakowało pieniędzy. Sponsor nimi nie szastał, a drużyna była przeciętniakiem zaplecza elity. Również budżet nie imponuje. 8,5 miliona. To wynik, który w porównaniu z innymi zespołami o podobnym potencjale nie wygląda imponująco. Plasował Ingolstadt w środku stawki. Kampanię 2013/2014 z 44 punktami zakończyli na 10. miejscu. Nic nie wskazywało na to, że awansują do Bundesligi. A jednak udało im się to w minionym sezonie.

2.Liga - FC Ingolstadt 04 -
Marvin Matip (fot. Kbumm.de)

Wielka w tym zasługa trenera Ralpha Hasenhuettla. Niegdyś bardzo przeciętny piłkarz, szkoleniowiec również bez większych sukcesów. Tutaj jednak odnalazł się idealnie. Najpierw wyprowadził swoich podopiecznych z ostatniego miejsca w tabeli, by rok później w cuglach wyprzedzić wszystkich konkurentów i zająć miejsce premiowane awansem. Ingolstadt nie ma wielkich gwiazd. Wcześniej wyróżniał się Caiuby, ale jego oddano do Augsburga. Dziś o sile zespołu stanowią kapitan Marvin Matip i Pascal Gross, który na zapleczu niemieckiej ekstraklasy strzelił siedem goli i zaliczył 22 asysty.

Mimo to przeskok między 1. a 2. Bundesligą jest w ostatnich latach stosunkowo spory. Wiele ekip ma problem z dostosowaniem tempa i fizyczności gry. Dlatego właśnie obawy przed występem 04 w wyższej lidze były dość duże. Początek sezonu okazał się jednak miłym zaskoczeniem. Ekipa z miasta Audi prezentuje ładny dla oka futbol, który pozwala jej utrzymywać się na wysokich miejscach w tabeli. Długo Ingolstadt znajdowało się tuż za plecami BVB i Bayernu, ale to już jednak przeszłość. Na dłuższą metę rywalizacji z większymi i bogatszymi nie wytrzyma nikt. – Naszym celem jest utrzymanie na jak najwyższym miejscu w tabeli. Znamy swoją wartość, ale nie oszukujmy się. Brakuje nam doświadczenia i ogłady. Potrzebujemy czasu, żeby zrozumieć pewne schematy – tłumaczył ostrożnie przed sezonem Hasenhuettl.

Drużyna nowe rozgrywki zaczęła śpiewająco. Humor udziela się również w Audi, w którym zaczęto spekulować, czy nie warto bardziej zainwestować w klub, który zaczyna przynosić dochody. Dalsze inwestycje zależą jednak od wyników. „Czerwono-czarni” mogą pójść dwiema drogami. Pierwsza? Paderborn, który rok temu przebojem wdarł się na salony, jakiś czas prowadził w tabeli ligowej, by po fatalnej wiośnie opuścić Bundesligę. Druga opcja jawi się w dużo bardziej optymistycznych perspektywach. Droga Wolfsburgu, który jako klub sponsorowany przez Volkswagena jest dziś trzecią, jeśli nie drugą siłą w Niemczech. Ingolstadt jest na razie jednak wielką niewiadomą. Wszystko zależy od Audi. Jeśli postawi na inwestycję i wyłoży pieniądze na transfery, może powtórzyć się historia ,,Wilków’’, jeśli jednak wielki koncern zdecyduje się prowadzić zachowawczą politykę stagnacji, może skończyć się spadkiem. Dla władz zespołu lepiej byłoby, gdyby jeden z największych niemieckich producentów samochodów osobowych Ingolstadt 04 traktował jak swój najlepszy model – Audi S8.

Komentarze:
Przeczytaj także: