Zakończyły się kolejne mecze 16. kolejki Premiership. Obyło się w nich bez niespodzianek. Faworyzowany Manchester City bez większych problemów pokonał Bolton. Zawiódł za to Tottenham, który zaledwie zremisował z Birmingham.
Manchester City – Bolton
Spotkanie rozgrywane na City of Manchester Stadium mogło mieć tylko jednego faworyta. Kandydatem do zdobycia trzech punktów w tej potyczce była ekipa Roberto Manciniego. Gospodarze personalnie dysponowali zdecydowanie silniejszą kadrą. Na ich korzyść przemawiały również dobra forma i nieliczne w ostatnim okresie wpadki. Bolton łatwo skóry sprzedawać jednak nie zamierzał. Wygrane 4:2 z Tottenhamem czy rozgromienie 5:1 Newcastle mówiły same za siebie.

Mecz rozpoczął się w sposób praktycznie wymarzony dla gospodarzy. Przyjezdni nie zdążyli dobrze wejść w mecz, a już zostali skarceni przez zespół „The Citizens”. Gracze Manciniego na prowadzenie weszli już po 240 sekundach gry, kiedy to podanie Yayi Toure na gola zamienił niezawodny Carlos Tevez. Strzelona bramka dodała „Obywatelom” skrzydeł. Praktycznie nie schodzili oni z połowy przeciwników. Ci próbowali się odgryźć. W 17. minucie znakomitą szansę na wyrównanie zmarnował Martin Petrow. Około 20. minuty City uspokoiło grę. Nie forsowało tempa, dając trochę pograć rywalom. Po pół godzinie gry boisko przedwcześnie opuścił kontuzjowany Kolo Toure, którego zastąpił Joleon Lescott. Niedługo później przy strzale na bramkę Jaaskelainena szczęścia zabrakło młodszemu z braci Toure, Yayi. O wielkim pechu od 37. minuty mógł mówić Tevez – miał trzy dobre okazje do podwyższenia prowadzenia, lecz za pierwszym razem trafił w słupek, by potem dwukrotnie chybić. Na przerwę drużyny schodziły przy prowadzeniu Manchesteru 1:0.
Druga połowa mogła i powinna zacząć się od gola dla miejscowych. Jednak po dośrodkowaniu argentyńskiego napastnika i błędzie Jaaskelainena pomylił się David Silva. Po kolejnym, tym razem obronionym uderzeniu byłego pomocnika Valencii wesołej miny nie miał Mario Balotelli. Kopnięta przez niego piłka zatrzymała się na słupku. Bombardowanie bramki fińskiego golkipera się nie kończyło. Po kwadransie gry w tej części Silva trafił w poprzeczkę. Na boisku dzielili i rządzili podopieczni Roberto Manciniego, którzy nieustannie szukali drugiej bramki. Brakowało im przede wszystkim szczęścia. Piłka jakby nie chciał znowu znaleźć się w siatce Jaaskelainena. Pod koniec meczu pokaz bezmyślności dał Aleksandar Kolarov. Serbski defensor w ciągu 180 sekund skompletował dwie żółte kartki, za co prowadzący zawody arbiter posłał go do szatni. W samej końcówce prowadzenie podwyższyć mógł jeszcze Balotelli, ale piłka po jego strzale przeleciała nad poprzeczką. Manchester City przez cały mecz miał znaczną przewagę i zasłużenie zdobył trzy punkty.
Birmingham – Tottenham
Wytypowanie faworyta tego spotkania większych problemów nie sprawiało. Wszystkie znaki na niebie i ziemi przemawiały za drużyną Tottenhamu. „Koguty” i ich sobotnich przeciwników w tabeli Premiership dzieliło siedem punktów i aż dziewięć pozycji. Jeżeli spojrzeć na potencjał kadry teamu z Londynu oraz ich ostatnią dyspozycję, gospodarze tego starcia nie mieli żadnych szans w potyczce z nimi.

Chociaż murowanym kandydatem do zdobycia pełnej puli punktowej był zespół Harry’ego Redknappa, to miejscowi nieoczekiwanie od początku dyktowali warunki gry. Raz po raz bywali w polu karnym Heurelho Gomesa, lecz Jerome, Bowyer i Johnson nie wykorzystali swoich szans. Spośród przyjezdnych udzielał się Lennon. Mniej więcej kwadrans po rozpoczęciu odważniej do głosu zaczęli dochodzić zawodnicy Tottenhamu. W 19. minucie po błędzie obrony miejscowych futbolówka znalazła się w bramce Fostera, a jej zdobywcą okazał się Sebastien Bassong. Chwilę później mogło być 2:0, lecz niepowodzeniem zakończyła się dwójkowa akcja Defoe i Croucha. Pokrzepieni zdobyciem bramki goście przejęli inicjatywę. Miejscowi nie rezygnowali, ale bardzo trudno było im się przebić przez szczelną obronę przyjezdnych. Większą aktywnością wykazali się pod koniec pierwszej połowy, lecz dwójkowa akcja Bowyera z Palaciosem nie przyniosła rezultatu.
W drugiej części meczu gra trochę się wyrównała. Nadal stroną przeważającą był Tottenham. Okazję do zaskoczenia Fostera mieli Lennon, Defoe i Bale. Szczególnie pracowity w szeregach miejscowych był Ridgewell, który dzielnie starał się powstrzymać atakujących przeciwników oraz blokował ich uderzenia. Na niemoc w pierwszej linii swoich podopiecznych trener Alex McLeish zareagował zmianą, wpuszczając na boisko Nikolę Żigicia w miejsce Faheya. Z czasem zawodnicy Birmingham się uaktywnili. W pewnym momencie Heurelho Gomes miał naprawdę sporo pracy. Defensywie londyńskiej dawał się we znaki Palacios, Gardner oraz serbski napastnik wprowadzony na boisko chwilę wcześniej. Brazylijski golkiper nadal pozostawał niepokonany. Jednak dążenia graczy McLeisha w końcu przyniosły skutek. Na dziewięć minut przed końcem piłkę w siatce Tottenhamu umieścił Gardner, wykorzystując podanie Żigicia. Goście natychmiast podkręcili tempo gry. Bliski strzelenia gola był Pawliuczenko, lecz nieznacznie się pomylił. Za to na 180 sekund przed końcem strącenie piłki głową przez serbskiego napastnika gospodarzy do strzelca bramki mogło się zakończyć drugim jego trafieniem. Mimo kilku rozpaczliwych prób, więcej goli w tym spotkaniu nie padło i Birmingham podzieliło się punktami z teamem Harry’ego Redknappa.