W dwóch kolejnych spotkaniach 23. kolejki Premiership górą byli gospodarze. O odmienne cele walczono w Londynie i Boltonie. Na White Hart Lane Tottenham walczył z Fulham o zajęcie miejsca premiowanego w Lidze Mistrzów, a na Reebok Stadium „Kłusaki” grały mecz o sześć punktów z Burnley.
Wymazać porażkę w ostatnim ligowym spotkaniu przeciwko osłabionemu Liverpoolowi i powrócić na czwarte miejsce premiowane udziałem w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów – takie cele miał przed meczem z Fulham szkoleniowiec Tottenhamu Harry Redknapp. Zgoła odmienne priorytety miał trener „The Cottagers”, chciał po prostu wygrać na wyjeździe. Oba zespoły walczą udział w europejskich pucharach, „Koguty” walczą o Ligę Mistrzów, Fulham marzy o grze w Lidze Europejskiej. Derby Londynu były zatem najciekawszym spotkaniem wtorkowego wieczoru.
Oba zespoły od początku meczu grały bardzo asekuracyjnie. Gra skupiła się na środku pola i próżno było oglądać jakichś szybszych akcji. Obie drużyny grały bardzo ospale, długo rozprowadzając ataki pozycyjne i szukając dziury w defensywie rywala. Z tego marazmu pierwsi wyłamali się przyjezdni, jednak strzał Bobby’ego Zomory pewnie obronił Gomes. W 26. minucie na prowadzenie wyszli gospodarze, spore zamieszanie w polu karnym wykorzystał Peter Crouch i wpakował piłkę do siatki z najbliżej odległości. Słowa uznania należą się asystującemu przy tej bramce Luce Modricowi, który wykorzystał indywidualny błąd Risse. Do przerwy wynik nie uległ zmianie. Po zmianie stron spotkanie znowu straciło na atrakcyjności i kibice zgromadzeni na White Hart Lane po raz kolejny mogli podziwiać skrzętnie budowane ataki pozycyjne obu drużyn. W 60. minucie spotkania David Bentley po rzucie wolnym podwyższył na 2:0 i przy tej bramce zawinił młodszy brat byłej gwiazdy Liverpoolu, Johna Arne Risse – Bjorn, od którego odbiła się piłka i kompletnie zmyliła interweniującego Schwarzera. Do końca spotkania nic więcej się nie wydarzyło i Tottenham odniósł wymęczone zwycięstwo i zajął czwartą pozycję w ligowej tabeli.
Na Reebok Stadium odbył się mecz o sześć punktów. Obie ekipy, zarówno Bolton, jak i Burnley mają przed oczami widmo gry w Championship. Zwycięstwo którejkolwiek dawało jej możliwość ucieczki z ligowego padołu. Przed meczem Bolton z dorobkiem 18 punktów był przedostatni, a beniaminek z Burnley ze zgromadzonymi 20 parę lokat wyżej.
Spotkanie powoli nabierało tempa. Rozkręciło się dopiero od 13. minuty, gdy goście po rzucie rożnym mogli strzelić pierwszą bramkę. Jednak strzał Kevina McDonalda był bardzo niecelny. W odpowiedzi na ten śmiały atak przyjezdnych Kevin Davies wspaniale podał do Frederico Muamby, jednak ten przegrał w pojedynku sam na sam z Brianem Jensenem. W 35. minucie było już 1:0 dla „Kłusaków”, kolejne dobre podanie ze strony Daviesa wykorzystał Koreańczyk Lee Chung-Yong. Do przerwy wynik nie zmienił się.
W drugiej części gospodarze cały czas szukali okazji do podwyższenia wyniku, całkowicie dominując na boisko. Piłkarze z Burnley jedynie okazyjnie wyprowadzali kontrataki, które nie zagroziły bramce strzeżonej przez Jaaskalainena. Mimo kilku świetnych okazji do strzelenia bramki do końcowego gwizdka wynik nie uległ zmianie i ze zwycięstwa mogli się cieszyć gospodarze.










