Runda wiosenna sezonu 2014/2015 jest niesamowicie nieprzewidywalna. Przed spadkiem bronić musi się Borussia Dortmund, o wicemistrzostwo kraju walczyć będzie Augsburg. Zadziwiają beniaminkowie. I tylko tak naprawdę dwie rzeczy się nie zmieniają. Fotel lidera należący do Bayernu Monachium i wielkie emocje w meczach TSG 1899 Hoffenheim.
Podopieczni Markusa Gisdola zawsze sprawiali, że na twarzach kibiców niemieckiej Bundesligi pojawiał się wielki uśmiech. Włączasz telewizor i wiesz, że będą padać bramki. I to nie tylko do bramki „Wieśniaków”. Zazwyczaj kończyło się to w ten sposób, że oglądaliśmy sześć-siedem bramek, a spotkanie było piekielnie wyrównane. Nie skłamiemy, mówiąc, że to taki „wesoły” futbol. Ni to świetnie poukładani w ofensywie, ni też jacyś świetni w defensywie.
Hoffenheim zawsze starało się przeważać i jak najdłużej trzymać piłkę na połowie rywala, aby uniknąć kłopotów w defensywie, które pojawiały się bardzo często. Celem „Dorfverein” jest nie tylko utrzymanie się, ale również walka o europejskie puchary. O ten sukces ocierali się przez cały poprzedni sezon, jednak kilka głupio straconych punktów przeważyło, że oczek starczyło na dziewiąte miejsce.
Jak to się stało, że z zespołu walczącego o utrzymanie „Hoffe” bije się o możliwość występów na najlepszych stadionach Europy? Spora w tym zasługa Markusa Gisdola. Szkoleniowiec został zatrudniony w kwietniu 2013, gdy trzeba było utrzymać zespół do końca – udało się to. Trener zaczął wprowadzać stałość w grze. Hoffenheim zaczęło grać nieco solidniej w defensywie i nieco mniej chaotycznie w ataku. Przyniosło to spore efekty, jednak na szczęście nie odbiło się to na jakości widowisk. Defensywa wciąż nie jest najlepsza, na szczęście nie zawodzi atak.
To też z pewnością zasługa prowadzenia mądrej polityki. Klub nie wydaje kokosów na zawodników, jednak sprowadza dobrych graczy jak na ligowe warunki. Jestem również przekonany, że niedługo na ludzi wyjdą młodzieżowcy klubu, którzy rok temu wygrali mistrzostwo do lat 19.
W ekipie Markusa Gisdola występuje również Eugen Polanski. Były reprezentant naszego kraju prezentuje się bardzo przyzwoicie. Trudno zarzucać mu, by w znaczący sposób zawyżał poziom, jednak śmiało możemy stwierdzić, że gdyby nie konflikt z naszym selekcjonerem, to spokojnie znalazłby się na placu gry w każdym z kolejnych spotkań. Eugen zaliczył ostatnio słabszy występ z Borussią Dortmund, jednak na boisku i tak byli słabsi od niego. Niemiec z polskim paszportem wyrósł z pewnością na jednego z solidniejszych graczy na pozycji środkowego pomocnika defensywnego, choć do światowego topu (np. Xabiego Alonso) brakuje mu niesamowicie dużo!
Jak w europejskich pucharach spisaliby się podopieczni Gisdola? Myślę, że spokojnie mogliby powalczyć o wyjście z grupy. A potem? Potem byłoby już znacznie trudniej. Na europejskich salonach w starciach z kontynentalnym topem niełatwo byłoby im coś osiągnąć poprzez długie utrzymywanie piłki i ataki ze zrywami. Zawodnicy szybko zaczynaliby oddychać rękawami, co zaowocowałoby kolejnymi problemami z defensywą. Pamiętajmy jednak, że to tylko gdybania, a czy rzeczywiście zawodnicy z południa Niemiec dostaną taką szansę? Poczekajmy kilka miesięcy!










