Reaktywowany Superpuchar Polski powrócił po kilku latach na mapę naszego kraju. Triumfatorem tegorocznej edycji został Zawisza Bydgoszcz, który wygrał z Legią Warszawa 3:2. Mecz rozgrywany na oczach około 10 tysięcy kibiców przyniósł nam trochę emocji, jednak pozwolił przede wszystkim odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących formy mistrza i zdobywcy Pucharu Polski
Legia Warszawa
Działaczom klubu ze stolicy pierwsze cięgi należą się za podejście do spotkania. SUPERpuchar okazał się dla „Wojskowych” mniej istotny od sparingu z Hapoelem Beer Sheva rozgrywanego wczoraj, stąd dziś przy Łazienkowskiej oglądaliśmy drugi garnitur Legii. Zespół, który poza Vrdoljakiem i Bereszyńskim (no i może weteranem Saganowskim) składał się praktycznie z samych młodzieżowców, grał dziś w sposób zdecydowanie nieprzystający mistrzowi kraju. Henning Berg zabawił się w piłkarski mikser, czego efektem było ustawienie Bartosza Bereszyńskiego i Roberta Bartczaka na innych skrzydłach niż te, do których są przyzwyczajeni. Bereszyński przesunięty na lewą stronę to był absolutny niewypał, jeśli Zawisza miał groźne sytuacje, to rozgrywał je tą właśnie częścią boiska. Byłemu piłkarzowi Lecha brakowało szybkości w pojedynkach z pędziwiatrem Carlosem. To właśnie ten piłkarz otworzył wynik spotkania w 30. minucie. Pięknie asystował Wójcicki, jednak trzeba przyznać, że Carlos miał pięć metrów wolnego miejsca dookoła siebie. To pstryczek w nos dla defensywy „Wojskowych”, bo momentami zdawało się, że obrońcy Legii grali osobno, a nie w zorganizowanej formacji. Zawisza akcje ofensywne tworzył szalenie prostymi środkami, przerzucając piłkę nad drugą linią „Wojskowych”. Brazylijczyk z portugalskim paszportem w ogóle był najlepszym piłkarzem na boisku, a jego zakończona asystą akcja przy bramce na 2:1 dała nam powiew mundialu przy Łazienkowskiej. Hulk i Fred mogą się uczyć techniki użytkowej od piłkarza Zawiszy.
Zawisza Bydgoszcz
Trzeba powiedzieć wprost – drużyna z Bydgoszczy była dziś zwyczajnie lepsza od rezerw Legii. Dominacja w pierwszej połowie uśpiła Bydgoszczan pod sam jej koniec. Legia przyspieszyła w okolicach 43. minuty i praktycznie od razu przyniosło to efekt. Joshua Silva, nowy nabytek „Zetki”, we własnym polu karnym w dziecinny sposób dał się minąć Vrdoljakowi, a ten zagrał wzdłuż bramki i pozwolił na zdobycie debiutanckiego gola Adamowi Ryczkowskiemu. Druga bramka dla Legii to też efekt spadku koncentracji piłkarzy Jorge Paixao, kryty na radar Marek Saganowski wyrównał po rzucie rożnym. Wyeliminowanie tych przestojów w grze i zmotywowanie piłkarzy do utrzymywania koncentracji przez cały mecz to główne zadania krewkiego szkoleniowca w Portugalii, który swój debiut na polskiej ławce zakończył na… trybunach, za wykłócanie się z arbitrem. Trzeba pochwalić nowego szkoleniowca za trenerskiego „nosa”. Ucząc się swojej ekipy, był w stanie przeprowadzić kluczową zmianę. W 72. minucie na murawie zameldował się Wahan Geworgian i to właśnie ten weteran w doliczonym czasie gry, po wkręceniu w murawę bezradnego Bartczaka, zdobył decydującą bramkę. Może to właśnie ta intuicja okaże się kluczowa w starciach o Ligę Europy? Póki co, Zawisza pisze najpiękniejsze karty w swojej historii i za to należą się mu gratulacje.











