Sprawiedliwości stała się zadość. Po obejrzeniu wszystkich dzisiejszych spotkań trudno było spodziewać się gorszego widowiska w ostatnim meczu na Śląsku, ale… piłkarze bardzo poważnie wzięli do siebie taktyczne nastawienie szkoleniowców, więc ich gra była bezbłędna, drużyny były idealnie ułożone strategicznie, całe 90 minut przepełnione było walką i jedyne, czego w nich brakowało, to bramek.
Pierwsze 45 minut opiewały walką w środku pola, drużyny koncentrowały się na grze defensywnej, zupełnie zapominając o ataku. W tej odsłonie oglądaliśmy zaledwie po jednym celnym strzale po obu stronach, a więc tragicznie pod względem emocji wyglądało to spotkanie.
Druga połowa rozpoczęła się w podobnym stylu do przebiegu całej pierwszej odsłony, bowiem zawodnicy grali bardzo agresywnie w defensywie, co bez przerwy zmuszało arbitra spotkania do odgwizdywania stałych fragmentów gry.
Najaktywniejszym zawodnikiem tego spotkania uznany zostać musi Sebastian Mila, dzięki któremu gra ofensywna Śląska wyglądała zdecydowanie lepiej od postawy podopiecznych Jose Bakero. Jednak spotkanie miało jakby własny scenariusz, a więc wymiana trzech – czterech dobrych podań i strata piłki.
W 65. minucie blisko strzelenia pierwszej bramki był Dudek, który nieco przypadkowo znalazł się w dobrej sytuacji, jednak po jego strzale piłka minęła poprzeczkę bramki Przyrowskiego.
90. minuta tego spotkania to chyba najbardziej kontrowersyjna sytuacja tego spotkania. Rozpędzony Madej wbiegł w pole karne, gdzie po chwili został brutalnie sfaulowany przez Trałkę, który musiał ratować swój zespół w jakikolwiek sposób, ku zdziwieniu wszystkich sędzia podjął decyzję by grać dalej! Nawet poprosił o zdanie swojego asystenta liniowego, ale i on miał podobne zdanie.
Chwilę później sprawiedliwości stało się zadość, ponieważ przy rzucie rożnym dla wrocławskiej drużyny niekryty został Antoni Łukasiewicz, wychowanek Polonii Warszawa, który bez większych problemów wpisał się na listę strzelców.










