W pierwszym niedzielnym meczu 17. kolejki Bundesligi naprzeciw siebie stanęły dwie drużyny z czołówki. Świadkami byliśmy bowiem starcia Hamburgera SV z Werderem Brema. W spotkaniu okrzykniętym mianem hitu kolejki gospodarze w pełni zasłużenie wygrali 2:1. Warunki atmosferyczne były jednak ciężkie, lecz zdecydowanie lepiej radzili w nich sobie podopieczni Bruno Labbadii.
W ostatniej serii spotkań przed przerwą w niemieckiej Bundeslidze i na zakończenie rozgrywek jesiennych, a już nawet zimowych, świadkami byliśmy wisienki na torcie. Mianowicie czekały nas emocje na Nord-Bank Arena, gdzie miejscowy Hamburger SV podejmował Werder Brema. Piłkarze ubrani byli w ocieplające ich golfy i rękawiczki, gdyż minusowa temperatura dawała się każdemu we znaki, nawet murawie. Nie była ona w najlepszym stanie, a leżący na niej śnieg powodował, że stała się twardsza i mało wygodna dla biegających po niej zawodników.
Jak na gospodarzy przystało, to HSV ruszył od pierwszego gwizdka arbitra do ataków. Podopieczni Bruno Labbadii dłużej utrzymywali się przy piłce i starali się przebywać na połowie rywala. Zagrożenia jednak pod polem karnym Tima Wiese na początku nie mieliśmy. Z premierowych fragmentów łatwo można było wywnioskować, iż ciężkie warunki nikomu pomagać nie będą, toteż mimo rangi hitu kolejki nie mogliśmy się spodziewać gry na najwyższym światowym poziomie. Najwyraźniej chcieli to zmienić piłkarze HSV. Już w dziewiątej minucie po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Eljero Elii i przedłużeniu podania przez jednego z graczy gospodarzy z trafieniem futbolówki do siatki nie miał problemów Joris Mathijsen. Zawodnicy zatem zadbali, by fani w Hamburgu szybko się rozgrzali.
Tego natomiast nie można powiedzieć o graczach Thomasa Schaafa. Werder sprawiał wrażenie drużyny, która gorzej radzi sobie z panującymi warunkami atmosferycznymi i dała się zdominować przez „Rothosen”. W 27. minucie zagapienie defensorów HSV wykorzystać mógł Brazylijczyk Naldo. Otrzymał on piłkę na 11. metrze od bramki Rosta i pięknym strzałem „nożycami”, mówiąc w żargonie piłkarskim, trafił w aluminium. O sporym szczęściu w tej sytuacji mogli mówić gospodarze. Pięć minut później wszyscy na Nord-Bank Arena byli zszokowani. Za faul na Marko Marinie, który wychodził na czystą pozycję, Jerome Boateng obejrzał czerwony kartonik. Decyzja sędziego wydaje się jednak prawidłowa. Mimo to piłkarze HSV nie mogli się zgodzić z tym orzeczeniem i zareagowali natychmiast. Swoją złość wyładowali w pozytywny sposób, i grając w osłabieniu, do siatki przeciwnika trafił Marcell Jansen. Do przerwy zmiany rezultatu już nie mieliśmy, a co warto podkreślić, osłabiony zespół gospodarzy zdołał podwyższyć wynik i po pierwszych trzech kwadransach prowadził 2:0.
Inaugurujące 15 minut drugiej części przebiegało niezwykle spokojnie. Mało mieliśmy podbramkowych sytuacji. To jednak Werder częściej przebywał na połowie rywala, próbując zdobyć kontaktową bramkę. HSV natomiast czyhał na dogodną okazję do kontry, lecz od początku tej odsłony defensorzy z Bremy byli czujni wobec takiej taktyki miejscowych. Mimo gry w dziesiątkę, piłkarze z Hamburga byli niesłychanie zorganizowani, co uniemożliwiało niekiedy Werderowi przedrzeć się na ich pole karne. W 79. minucie wprawdzie wyśmienitą okazję do zdobycia gola miał Aaron Hunt, lecz napastnik przyjezdnych jednak z najbliższej odległości fatalnie przestrzelił.








