Nie zwalniamy i zapraszamy do kolejnego podsumowania rundy jesiennej Bundesligi. Dziś pod lupę bierzemy podmioty i wydarzenia, które w pierwszych siedemnastu kolejkach zrobiły na nas najbardziej pozytywne wrażenie.
W tym zestawieniu oczywiście nie mogło zabraknąć Eintrachtu Frankfurt. Kto z ręką na sercu jest w stanie przyznać, że spodziewał się tak fantastycznej jesieni w wykonaniu beniaminka? Choć samo słowo „beniaminek” jest tu drobnym nadużyciem. Zawodnicy tej ekipy od sezonu 2005/2006 tylko ten ostatni spędzili poza Bundesligą. Nie należy jednak umniejszać ich osiągnięć. Na swoim koncie mają zwycięstwa nad m.in. Bayerem Leverkusen, Hamburger SV, Hannoverem 96, Werderem Brema i VfL Wolfsburg. Do tego po szalonym meczu zremisowali 3:3 z Borussią Dortmund. Autorski projekt Armina Veh opiera się praktycznie na jednej jedenastce (aż siedmiu piłkarzy wystąpiło we wszystkich meczach od pierwszej minuty), a zmiany wymuszone były najczęściej kontuzjami lub zawieszeniami. Trener, który ponad pięć lat temu zdobył mistrzostwo z VfB Stuttgart, stworzył we Frankfurcie coś niesamowitego. Rzadko bowiem zdarza się, aby beniaminek starał się kontrolować grę i non stop atakować rywala. Tak było nawet w starciu z Bayernem Monachium, co podchodzi niemal pod bezczelność. Ba, niewiele zabrakło, aby „Orły” tego spotkania nie przegrały. Piłkarze Eintrachtu nie przestraszyli się również mistrzów Niemiec i chwała im za to, bo stworzyli świetne widowisko. Frankfurtczykom jednak często brakuje uwagi w obronie. Popełniają dużo indywidualnych błędów i łatwo dają się wciągnąć na połowę rywala, co sprzyja kontratakom. Trzeba jednak podkreślić, że obrona Eintrachtu jest młoda, co po części usprawiedliwia takie zachowania. Będziemy z uwagą śledzić poczynania „Orłów”, bo ich grę ogląda się naprawdę z przyjemnością, ale też po to, aby sprawdzić, czy Trapp, Oczipka, Jung i Rode notują tylko chwilowy wzrost formy czy wyrosną na klasowych zawodników.

Motorem napędowym wielu akcji Eintrachtu był Takashi Inui. Przechodzimy więc do zjawiska, które miło nas zaskoczyło, a mianowicie świetnie grających Azjatów. Więcej o ich poczynaniach można było przeczytać w „Komentarzu do Bundesligi”: Azjaci zalewają Bundesligę. Przybysze z największego kontynentu świata są dość specyficzni. Na niektóre pozycje nadają się znakomicie, a do gry na innych próżno szukać klasowych graczy. Wykorzystując swoje charakterystyczne cechy, czyli dynamikę, szybkość, zwrotność połączoną z domieszką przebojowości, często występują w formacjach ofensywnych bądź jako boczni obrońcy. Wspomniany Inui to po prostu typowy Azjata grający w piłkę. Żywe srebro, które robi różnicę na boisku. Heung-Min Son z HSV dorzuca do tego skuteczność i ma na swoim koncie sześć goli. Hiroshi Kiyotake jest najlepszym zawodnikiem FC Nürnberg. Atsuto Uchida i Gotoku Sakai to podstawowi prawi obrońcy swoich zespołów. Takashi Usami czaruje błyskotliwością w Hoffenheim. Hajime Hosogai, nominalny defensywny pomocnik, dobrze sprawdzał się na lewej stronie defensywy w Bayerze Leverkusen. Wyżej wymieniona siódemka już na stałe wpisała się w obraz Bundesligi. Prezentują odpowiednie wybieganie, zaangażowanie i umiejętności czysto piłkarskie. Co jeszcze lubimy w Azjatach (szczególnie tych grających w ofensywie)? Kompletną nieprzewidywalność. Przy niektórych zagraniach nawet to, co na murawie wymyśla Ibrahimović, wydaje się nudne. Na szczęście w pozaboiskowych dokonaniach piłkarze z Dalekiego Wschodu nie dorównują Szwedowi.








