Po widowiskowym meczu drugie derby Londynu tego weekendu zakończyły się zwycięstwem gospodarzy. Do siatki Łukasza Fabiańskiego trafili Drogba i Alex.
Na Stamford Bridge zapoczątkowano 147. derby pomiędzy Arsenalem a Chelsea. W tych statystykach lepszy jest zespół z północnego Londynu, który wygrał do tej pory 59 podobnych konfrontacji. Do tego spotkania „Kanonierzy” przystąpili z długą listą nieobecnych. Drużynie Wengera brakowało Fabregasa, Van Persiego, Almunii, Bendtnera, Vermaelena czy Ramseya. Natomiast ich przeciwnicy nie mogli skorzystać z usług Lamparda, Benayouna czy Kalou.

Arsenal od początku spotkania wyglądał bardzo dobrze. Piłkarze Wengera nie przestraszyli się liczb, które stoją za Chelsea oraz ich killerem – Drogbą. Otóż obywatel Wybrzeża Kości Słoniowej w dwunastu grach przeciwko Arsenalowi strzelił aż dwanaście bramek. Ogółem bilans jest na korzyść Arsenalu, ale w ostatnim czasie to „Kanonierzy” mogą zazdrościć wszystkiego ekipie Ancelottiego. Już po niespełna 40 sekundach do główki doszedł Chamakh, jednak minimalnie jego strzał przeleciał obok słupka.
Mecz możemy podzielić na kilka charakterystycznych części, kiedy najpierw dominowali przyjezdni, potem „The Blues”. Odpowiedzialność za „Czerwono-białych” miał wziąć na swoje młodzieńcze barki Wilshere oraz Nasri. Bardzo groźny strzał zza „szesnastki” oddał rosyjski skrzydłowy Arsenalu, jednak na straży stanął Cech. W odpowiedzi Fabiańskiego sprawdził Drogba, również i Polak stanął na wysokości zadania. W 39. minucie spotkania padła pierwsza bramka. Piękne prostopadłe podanie Ramiresa wykorzystał Cole, który podał piłkę w pole karne, a tam obracając się Drogba skierował ją do siatki. Ta jeszcze odbiła się od słupka i klęska Arsenalu zaczęła nabierać bardziej rzeczywistego wymiaru. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie, a gra na te ostatnie pięć minut bardzo się zaostrzyła.
Po przerwie nie ujrzeliśmy zmian, a bardziej zmotywowanych gości. „Kanonierzy” nie mieli się czego bać, w końcu musieli się odsłonić, mimo że odstawali od swoich rywali głównie na polu walki siłowej. Arsenal próbował łapać swój charakterystyczny styl, wymieniać dużo podań i tymi małymi kroczkami zbliżać się do bramki rywali. Bardzo aktywny tego dnia napastnik z Maroka zmarnował świetną okazję na wyrównanie, po wygranej główce piłka znów minęła bramkę o centymetry. W odpowiedzi sam na sam pomknął Anelka, jednak położywszy na murawie polskiego bramkarza trafił tylko w boczną siatkę.
Chłopcy Wengera zdobywali pole, byli dłużej przy piłce, ale i tym razem to nie pomogło. W 84. minucie do rzutu wolnego podszedł Alex z Drogbą. Bardzo, bardzo ważną pracę wykonał Malouda, który stojąc w murze po gwizdku schował się za piłkarzami Arsenalu. Wtedy to Alex kropnął z niewyobrażalną rotacją i piłka, wpadając pod poprzeczką, dopełniła klęski „Kanonierów”.










